wtorek, 12 września 2017

Rozdział 15

Po spożytym posiłku uznałam, że dobrym wyjściem byłoby przygotować się na dzisiejszy wieczór. Pożegnałam swego Partnera i udałam się do swojej komnaty w zamku, by wykonać odpowiednie czynności. Miałam w niej własną łazienkę a w niej przestronną wannę, którą zamierzałam się zaopiekować. Odkręciłam kurek, woda zaczęła pokrywać coraz większa powierzchnię a ja wlałam olejek do kąpieli o zapachu róży i dzikiego bzu. Kiedy ciecz wypełniła całą balię, zdjęłam z siebie okrycie i weszłam do balijki. Ciepła woda otulała moją skórę a zapach olejku poruszał mój zmysł węchu. Czułam się jak w niebie. Naprawdę potrzebowałam tej kąpieli...
Kiedy woda zaczęła tracić swą temperaturę, owinęłam się bawełnianym ręcznikiem. Wytarłam  swe ciało, a następnie wtarłam  w skórę balsamiczną miksturę. Gdy uporałam się podobnymi zajęciami, wzięłam się za wybieranie stroju na dzisiejsze przyjęcie. Otworzyłam swą nową świeżo zaopatrzoną szafę i nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Przede mną wisiały niezliczone kreacje w przeróżne wzory, każda innego kroju. Wybór będzie cięższy niż przypuszczałam... Ach te dorosłe decyzje...
Po dłuższym przyglądaniu się garderobie wybrałam suknię o bladoróżowym odcieniu. Posiadała liczne złote tasiemki, które dobiły jej brzegi oraz dekolt. Miała tylko jedno ramiączko,  ale nie przeszkadzało to w noszeniu jej. Ogółem praktyczna i piękna.
Miałam jeszcze trochę czasu i postanowiłam dopracować swój wygląd kilkoma elementami. Nałożyłam kosmetyki na twarz tak, by mój wygląd chociaż częściowo przypominał doświadczonych w malowaniu kobiet. Włożyłam na siebie także naszyjnik z kwarcem o podobnej barwie do sukienki, a włosy ogarnęłam lekko opaską tego samego koloru co tasiemki na sukni, by ładnie się układały.
Swój pokój opuściłam wraz z zachodem życiodajnej gwiazdy, która pojawiała się na niebie co dnia. Sala, w której odbywał się bankiet była zapełniona po brzegi. Dźwięki harfy oraz innych instrumentów dobiegały do moich uszów już w holu, a służba wciąż coś wnosiła do pomieszczenia. Do izby prowadziły ogromne schody, na których zmieściła by się cała flota. Co rusz ktoś z nich korzystał. W momencie, gdy nikt nie biegał po stopniach, zdecydowałam się zejść do reszty próbując zostać niezauważoną. Niestety nie powiodło mi się. Kiedy wkroczyłam na pierwszy schodek, wszyscy popatrzyli się w moją stronę i byli jak słupy soli. Większość z nich nic nie mówiła, nawet się nie ruszała, ale były też przypadki, gdzie na twarzy malowało się zaskoczenie a może nawet zachwyt. Na pewno tak było z mym Partnerem. W chwili, gdy Dexter mnie dostrzegł, po jego twarzy przebiegło miliard reakcji i emocji, ale jedna nie chciała odejść. Dosłownie oniemiał. Zatkało go, jak kakao, ale kakao ie ma patyka, więc też chyba nie zatyka. W każdym razie szczęka mu opadła, Bóg wie czemu. W sekundę ta reakcja zmieniła się, a na jego twarzy malował się szeroki uśmiech od ucha do ucha. Wyszedł do mnie w swym odświętnym stroju, który był do niego idealnie dopasowany i wysunął dłoń w mą stronę, bym mogła ją chwycić. Doceniłam ten gest i posłusznie złapałam się go, co omal nie spowodowało tego, iż zaliczyłabym glebę przed wszystkimi tu zebranymi, jednakże w ostatniej chwili zostałam uratowana. Przed bliskim spotkaniem z podłogą uchronił mnie Dex. Złapał me niezgrabne ciało i zatrzymał mnie w swych ramionach.
- A dokąd ci się tak śpieszy? - Wciąż z frywolnym uśmiechem na ustach zadał to pytanie.
- Wychodzi na to, że na dół. - Odpowiedziałam lekko zawstydzona zaistniałą sytuacją. Cholerna suknia, musiałam o nią zaczepić nogą.
- Uważaj bardziej. A gdzie "I nie opuszczę cię aż do śmierci", hę?
- Chyba ci się przysięgi pomyliły. - Stwierdziłam bez wahania. - Możesz mnie już puścić. - Poprosiłam, gdy zorientowałam się, że Dex wciąż trzyma mnie w swoich ramionach i że wszyscy zebrani przysłuchują się naszej pokręconej rozmowie.
- Jak sobie życzysz. - Zrealizował moją prośbę.
Kiedy zostałam już ostatecznie postawiona na ziemię, poprawiłam swą suknię i zaczęłam się rozglądać za moim towarzyszem zabaw od dzieciństwa...