wtorek, 16 sierpnia 2016

Rozdział 5

Ze snu wyrwał mnie głos mamy dobiegający z kuchni:
- Kochanie, pora wstawać!
Ledwo zwlekłam się z łóżka, ale miałam świadomość powagi misji na jaką wyruszam z moim Partnerem. Tu chodziło o uratowanie całej populacji ludzi mieszkających na Monliprose. Gdyby powiedzenie tejże wyprawy nie było tak ważne, nie musiałabym siedzieć do północy i rozmyślać jak to będzie i co muszę ze sobą obowiązkowo wziąć. Jednakże doszłam do wniosku, że co ma być to będzie i położyłam się spać z nadzieją, że jutro nie nadejdzie tak szybko jak już przyszło.
Zaszłam do kuchni, w której unosił się zapach świeżych grzanek i gorącego kakao, a mama wciąż się krzątała po kuchni jak gdyby nigdy nic. Po chwili jednak zasiadła przy kuchennym stole z kawą i zaczęła rozmyślać.
- Nad czym się tak zastanawiasz? - Ostatecznie zapytałam mamę, a ta od razu zabrała głowę z obłoków.
- Nad niczym, skarbie, nad niczym. - Powiedziała chwytając mnie za rękę.
- Mamo, mi możesz powiedzieć wszystko.
- Wiem. Po prostu boję się, że nie wrócisz do mnie, że w ogóle nie wrócisz. - Z jej oczu pociekły ciurkiem łzy, które od razu otarła ob wolną dłoń.
- Nie mów tak, mamo. Wrócę na pewno. - Wstałam z krzesła i mocno ją przytuliłam. 
Gdy skończyłyśmy te czułości, udałam się do swojego pokoju, aby się przebrać i spakować najpotrzebniejsze rzeczy do plecaka. wW sam raz zebrałam.się w kupę i wyszłam z mojego domu na ulicę, gdyż tam czekał już na mnie Dex z najlepszymi Zwiadowcami, w tym z chłopakiem Alice, Jamie'm.
- Hej, mała.- Podeszłam do niego, a on mnie uściskał na powitanie.
- Hej, duży. - Odpowiedziałam i przytuliłam go mocniej.
- Gotowa na wielką wyprawę? - Zapytał z optymizmem.
- Tak sądzę, tylko... - Gdy te słowa wyszły z mych ust, naszły mnie wątpliwości.
- Tylko? - Zapytał z uniesionymi do góry brwiami.
- Tylko nie wiem, czy uda nam się z tego wrócić cało. - Stwierdziłam bez ogródek.
- Zobaczysz, będzie dobrze. - Pocieszał, gdy zauważył krztę smutku w mych oczach.
- Myślisz? - Dopytywałam.
- Oczywiście. Jeszcze będziemy się z tego potem śmiać. - Obdarzył mnie ciepłym uśmiechem i uściskiem.
- Mam taką nadzieję. - Uśmiechnęłam się do niego.
Nim wyszliśmy na powierzchnię, pożegnał nas Wielki Wódz i życzył nam udanej, a raczej owocnej podróży. Trzymałam kciuki za tym, aby wszystko było okej, żebyśmy wszyscy przeżyli i abyśmy dali reszcie zwyczajne życie na powierzchni, gdzie świat byłby dla nas łaskawszy i lepszy.
Gdy naszym oczom ukazał się świat, którego dotąd nie znałam. Na bladoniebieskim niebie można było zobaczyć fruwające zwierzęta, a na zielonych drzewach w dziczy uczepione siedziały niezwykłe istoty, które pożywiały się. Nie wyglądały na drapieżne, wręcz przeciwnie, były spokojne i to one się nas bały. Nie znałam świata z tej strony. To musi być jakaś pomyłka...

niedziela, 14 sierpnia 2016

Rozdział 4

Przez całe popołudnie chodziłam jak na szpilkach i zamartwiałam się na śmierć o swojego Partnera, mimo że jest jednym z najlepszych wojowników i naprawdę trudno go skrzywdzić to moje serce nie mogło przestać ciężko łomotać z przerażenia.
Siedziałam w jadalni i rysując próbowałam oderwać się od negatywnych przeczuć i myśli związanych z dzisiejszym atakiem, ale coś przerwało moje rozmyślenia. Jakiś dźwięk, a potem głosy. 
- Synu, jestem już stary i słaby. Niedługo obejmiesz władzę i przy twoim boku stanie twoja Wybranka, która pomoże ci, stanie się twoją oazą spokoju jak i ostoją.
- Ale ojcze, ja dopiero zyskałem Partnerkę, za wcześnie by mówić o małżeństwie z kimkolwiek. 
- Nie chcę cię pośpieszać, jednak czasu zostało nam niewiele, a wiesz, że Wódz nie może zająć należnego mu miejsca bez Wybranki i bez istniejącej Strefy, a my wkrótce przestaniemy istnieć jeśli się czegoś nie zrobi. Jeżeli nie znajdziemy sposobu na ocalenie to wszyscy będziemy zgubieni.
- A co z Kryształem?
- Kryształ to.legenda. Nie możemy polegać na legendzie, mamy za mało czasu.
- Nie możemy wykluczać żadnego rozwiązania w naszej obecnej sytuacji. Trzeba brać pod uwagę wszelkie możliwości. 
- Ale nie absurdalne. Kryształ nie istnieje, a jeśli by istniał to nie ma możliwości na zdobycie go. Oddalanie się od xnanych nam terenów to pewna śmierć.
- Albo ratunek.
- Nie myśl, że wyruszysz na tę misję.
- Ojcze, jestem najlepszym wojownikiem, a także twoim następcą i zamierzam walczyć o lepszy świat dla mieszkańców Stref. 
- Właśnie! Jesteś moim następcą i nie możesz zginąć!
- Nie zamierzam umierać w najbliższym czasie, ale musimy uratować nasz podziemny świat, a jsk na razie jedyną opcją jest powrót na powierzchnię czyli odnalezienie Wszechmocnego Kryształu.
- Nie wybiję ci tego z głowy, co?
- Nie, chyba że znajdziesz lepsze rozwiązanie.
- Jeśli zamierzasz wyruszyć na tę niebezpieczną misję, to weź ze sobą najlepszych Zwiadowców. Oni znają się na szukaniu. I uważaj na siebie.
- Przecież jeszcze nigdzie nie ide.
- Nawet jeśli to wciąż masz na siebie uważać. Jesteś moim jedynym dzieckiem i kocham cię najbardziej na świecie, oddałbym za ciebie życie.
- Mam nadzieję, że nie zajdzie taka potrzeba.
- Ja także, ale jeśli zajdzie, to ochronię cię własną piersią. Nasz lud potrzebuje Wodza, synu.
- Rozumiem.
- To dobrze, to dobrze. - Westchną z ulgą. - A jak się ma twoja Partnerka? - Zdzieiłam się tym pytaniem Wielkiego Wodza.
- Coraz lepiej. możliwe, że już dzisiaj wyjdzie z Lecznicy. - Odparł zadowolony.
- Masz zamiar ją ze sobą zabrać?
- Jeśli to możliwe to postaram się tego uniknąć, ale jest uparta, więc postawi na swoje. 
- Widzę.
Głosy ucichły, a ja siedziałam na krześle niczym słup soli, zupełnie zazkoczona i zdziwiona. Dexma się ożenić?! Ale z kim i co będzie ze mną, przecież jestem jego Partnerką?! Czemu Wielki Wódz uważa, że to koniec? No dobrze, może i mieszkańcy podziemi mają dość i tęsknią za Słońcem, ale co ma lidzkie niezadowolenie do końca świata? No chyba, że jest coś jeszcze... Na pewno jest, bo gdyby nie to "coś" Wielki Wódz nie wyraziłby Dex'owi zgody na wyruszenie na tak niebezpieczną misję, jak odnalezienie i sprowadzenie, a raczej uaktywnienie, Wszechmocnego Kryształu, który znajduje się w zamku królewskim, czyli w dawnej siedzibie Wielkich Wodzów i ich najbliższych.
Po chwili usłyszałam dźwięk kroków, który coraz to był głośniejszy, więc powróciłam do rysowania mego dzieła, którego postać wciąż była mi nieznana, gdyż wena za bardzo mi nie dopisywała.
- Co tam rysujesz? - Dobiegł za mną głos Dex'a.
- O matko!  Nie strasz mnie tak. - Poprosiłam
- Gdybym tego nie robił, nie byłoby zabawnie, a ty byłabyś bardziej sztywna ode mnie.
- Nie prawda! Jestem bardzo energiczna i ruchliwa,  i radosna, i...
-  Echem. Tak to sobie wmawiaj. - Wziął jabłko z koszyka i się w nie wgryzł. - Zanim mnie poznałaś pewnie tyłkek ledwo ruszałaś i się nie śmiałaś. Mam rację?
- Dobra, z tym śniechem to tak, a z tym "tyłek ledwo ruszałaś" to nie. Musiałam przecież wypracować swoje umiejętności.
- Oke, niech ci będzie. - Zaśmiałam się lekko.
- I widzisz, rozśmieszam cię.
- Raczej to co mówisz i to co robisz, ale miło wiedzieć, że uważasz mnie za upartą.
- Słyszałaś wszystko?
- Yhym.
- Czyli wiesz, że wkrótce wybieram się po Wszechmocny Kryształ?
- Tak, a ty dobrze wiesz, że wybieram się tam z tobą.
- Chociaż wolałbym żebyś nie narażała się na takie niebezpieczeństeo.
- Mogłabym to samo powiedzieć o tobie. To kiedy wyruszamy?
- Jutro z samego rana, jeśli to możliwe. Nie ma czasu do stracenia.
- No to do jutra, Wodzu.
- Nie przeginaj. - Upomniał mnie i udał się do części, w której byli Uzdrowiciele. Tylko po co?...