- Kochanie, pora wstawać!
Ledwo zwlekłam się z łóżka, ale miałam świadomość powagi misji na jaką wyruszam z moim Partnerem. Tu chodziło o uratowanie całej populacji ludzi mieszkających na Monliprose. Gdyby powiedzenie tejże wyprawy nie było tak ważne, nie musiałabym siedzieć do północy i rozmyślać jak to będzie i co muszę ze sobą obowiązkowo wziąć. Jednakże doszłam do wniosku, że co ma być to będzie i położyłam się spać z nadzieją, że jutro nie nadejdzie tak szybko jak już przyszło.
Zaszłam do kuchni, w której unosił się zapach świeżych grzanek i gorącego kakao, a mama wciąż się krzątała po kuchni jak gdyby nigdy nic. Po chwili jednak zasiadła przy kuchennym stole z kawą i zaczęła rozmyślać.
- Nad czym się tak zastanawiasz? - Ostatecznie zapytałam mamę, a ta od razu zabrała głowę z obłoków.
- Nad niczym, skarbie, nad niczym. - Powiedziała chwytając mnie za rękę.
- Mamo, mi możesz powiedzieć wszystko.
- Wiem. Po prostu boję się, że nie wrócisz do mnie, że w ogóle nie wrócisz. - Z jej oczu pociekły ciurkiem łzy, które od razu otarła ob wolną dłoń.
- Nie mów tak, mamo. Wrócę na pewno. - Wstałam z krzesła i mocno ją przytuliłam.
Gdy skończyłyśmy te czułości, udałam się do swojego pokoju, aby się przebrać i spakować najpotrzebniejsze rzeczy do plecaka. wW sam raz zebrałam.się w kupę i wyszłam z mojego domu na ulicę, gdyż tam czekał już na mnie Dex z najlepszymi Zwiadowcami, w tym z chłopakiem Alice, Jamie'm.
- Hej, mała.- Podeszłam do niego, a on mnie uściskał na powitanie.
- Hej, duży. - Odpowiedziałam i przytuliłam go mocniej.
- Gotowa na wielką wyprawę? - Zapytał z optymizmem.
- Tak sądzę, tylko... - Gdy te słowa wyszły z mych ust, naszły mnie wątpliwości.
- Tylko? - Zapytał z uniesionymi do góry brwiami.
- Tylko nie wiem, czy uda nam się z tego wrócić cało. - Stwierdziłam bez ogródek.
- Zobaczysz, będzie dobrze. - Pocieszał, gdy zauważył krztę smutku w mych oczach.
- Myślisz? - Dopytywałam.
- Oczywiście. Jeszcze będziemy się z tego potem śmiać. - Obdarzył mnie ciepłym uśmiechem i uściskiem.
- Mam taką nadzieję. - Uśmiechnęłam się do niego.
Nim wyszliśmy na powierzchnię, pożegnał nas Wielki Wódz i życzył nam udanej, a raczej owocnej podróży. Trzymałam kciuki za tym, aby wszystko było okej, żebyśmy wszyscy przeżyli i abyśmy dali reszcie zwyczajne życie na powierzchni, gdzie świat byłby dla nas łaskawszy i lepszy.
Gdy naszym oczom ukazał się świat, którego dotąd nie znałam. Na bladoniebieskim niebie można było zobaczyć fruwające zwierzęta, a na zielonych drzewach w dziczy uczepione siedziały niezwykłe istoty, które pożywiały się. Nie wyglądały na drapieżne, wręcz przeciwnie, były spokojne i to one się nas bały. Nie znałam świata z tej strony. To musi być jakaś pomyłka...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz