Od samego rana podążaliśmy wyznaczoną trasą i jak dotąd nie mieliśmy z większa kłopotów z niczym. No może poza dziwnymi odgłosami, które co chwila przyprawiały mnie o ciarki na plecach. Na szczęście czekały nas dwa dni ciężkiej wędrówki do starego Królestwa, w którym żyłby teraz Dex, gdyby nie Katastrofa, Mogłabym nigdy go nie poznać i nie poczuć jego troski czy czułości, którą okazywał tylko najbliższym czyli nielicznym osobom, do których aktualnie się zaliczam, z czego jestem bardzo dumna. No i oczywiście szczęśliwa. Sądzę, że dzięki niemu czuję, że nic mi nie brak i że przy nim mogę wszystkiego dokonać. Może jedyną rzeczą jaka mi brakuje to aktualnie miłość, ale na wszystko przyjdzie czas, a tym bardziej na spędzenie reszty życia z człowiekiem, który cie rozumie, troszczy się o ciebie, opiekuje się tobą i jest z tobą na dobre i na złe, w zdrowiu i chorobie, po prostu zostanie z tobą mimo wszystko i będzie cię wspierał póki starczy mu sił. Ale cóż, na razie miłości nie znalazłam i wciąż na nią czekam i będę czekać do chwili w której przyjdzie oraz sprawi, że zmiękną mi kolana i nie będę mogła trzeźwo myśleć, bo On sprawi swoją miłością, że będę mogła myśleć tylko o nim i niczym innym. Pragnę tego, ale wpierw chcę zrealizować swoje marzenie i być wsparciem jak i pomocą dla mojego Partnera, o którego zaczynam się martwić. Bierze na siebie zbyt wielką odpowiedzialność, choć wiem, że wkrótce na jego barkach będzie ciążyła większa, to jednak może mi wszystko powiedzieć, a ja bym pomogła dźwigać ten ciężar. Ale nie, uparty jak osioł i dumny jak cholera, nie powie nic, nie wyspowiada się jak dla księdza ani nic, po prostu będzie siedział cicho i udawał, że wszystko gra, a ja mam siedzieć z założonymi rękami i patrzeć jak wykańcza się od środka. No niestety nie potrafię i wiem, że pewnego dnia wyciągnę go na szczerą rozmowę i dowiem się dlaczego jest taki skryty, nawet przed swoją Partnerką, która jest jak druga połówka.
Przemierzaliśmy całe kilometry dżungli w poszukiwaniu Pałacu, który był ukryty w samym środku tego gąszczu. Dex chyba dobrze znał drogę, bo prowadził nas przez przetarte szlaki, na których nie natykaliśmy się na Dzikich, przynajmniej za bardzo, bo wciąż nas obserwowali, czułam ich obecność co we mnie wywoływało lekki niepokój, jednak miałam przy sobie swojego Partnera i wiedziałam, że przy nim mogę czuć się bezpieczna. Był moją taką bezpieczną przystanią i czułam, że przy jego boku mogłam dokonać wszystkiego. Dosłownie, dodawał mi siły i odwagi, był dla mnie wzorem, dążyłam do tego by być taka jak on i wiedziałam, że nic mnie nie powstrzyma w osiągnięciu tego, tym bardziej nie poddawałabym się. Nawet jeśli ludzie wątpią w ciebie, nie wątp sam w siebie, bo wtedy wszystko będzie stracone, poddasz się i to stanie się nawykiem, który zniszczy cię do końca i nie pozwoli w pełni być szczęśliwym. Moje małe motto.
Koło południa zrobiliśmy mały postój w bardzo pięknym miejscu,w którym mogłabym spędzić resztę życia. Dzika przyroda, niesamowity zapach i piękne krokusy, które na naszej planecie rosły niezależnie od pory roku, choć w sumie mieliśmy tylko jedną, w której zawsze było ciepło, a liście drzew nigdy nie opadały, przynajmniej tak słyszałam od starszyzny i innych Zwiadowców. Podobno nasza Monliprose była to kiedyś przepiękna planeta, ja nadal tak sądzę, tylko że Katastrofa wpłynęła na nasze stare środowisko życia i mieszkańców, w dużej mierze na zwierzęta, które niegdyś były przyjaznymi istotami i pomagały ludziom jak tylko umiały, ale wszystko się zmieniło... Zostały tylko resztki z tego pięknego świata, a ja mam zamiar przywrócić go do dawnego stanu. Nie poddam sië, bo chcę lepszego życia dla mojej rodziny tak jak dla całego społeczeństwa, jednak moi bliscy byli dla mnie najważniejsi i chciałam,aby żyli w lepszych warunkach, nie to że nam nie pasowały aktualne, ale chciałabym aby poznali życie na powierzchni jakie prowadzili moi dziadkowie.
Po skonsumowaniu posiłku, ruszyliśmy dalej i jak się spodziewałam... Spotkaliśmy Dzikich, którzy w końcu nas zaatakowali. Sztukę walki mieli słabo opanowaną, więc wszyscy przeżyli i pokonaliśmy ich bez problemu, no prawie, jeśli liczyć próbę uprowadzenia mnie. Nie ma jak być obściskiwaną przez wielkiego mięśniaka i przerzuconą przez jego ramię. Niech dziewczyna pokona ponad dwu metrowego gościa gdy ma ledwo metr sześćdziesiąt wzrostu. No niby walczyłyśmy o równo uprawnienia, ale bez przesady, myślmy rozsądnie. Gdybym walczyła z nim na śmierć i życie nie miałabym żadnych szans. Zgniótłby mnie przy pierwszej lepszej okazji i zostałby ze mnie placek.
Przemierzaliśmy całe kilometry dżungli w poszukiwaniu Pałacu, który był ukryty w samym środku tego gąszczu. Dex chyba dobrze znał drogę, bo prowadził nas przez przetarte szlaki, na których nie natykaliśmy się na Dzikich, przynajmniej za bardzo, bo wciąż nas obserwowali, czułam ich obecność co we mnie wywoływało lekki niepokój, jednak miałam przy sobie swojego Partnera i wiedziałam, że przy nim mogę czuć się bezpieczna. Był moją taką bezpieczną przystanią i czułam, że przy jego boku mogłam dokonać wszystkiego. Dosłownie, dodawał mi siły i odwagi, był dla mnie wzorem, dążyłam do tego by być taka jak on i wiedziałam, że nic mnie nie powstrzyma w osiągnięciu tego, tym bardziej nie poddawałabym się. Nawet jeśli ludzie wątpią w ciebie, nie wątp sam w siebie, bo wtedy wszystko będzie stracone, poddasz się i to stanie się nawykiem, który zniszczy cię do końca i nie pozwoli w pełni być szczęśliwym. Moje małe motto.
Koło południa zrobiliśmy mały postój w bardzo pięknym miejscu,w którym mogłabym spędzić resztę życia. Dzika przyroda, niesamowity zapach i piękne krokusy, które na naszej planecie rosły niezależnie od pory roku, choć w sumie mieliśmy tylko jedną, w której zawsze było ciepło, a liście drzew nigdy nie opadały, przynajmniej tak słyszałam od starszyzny i innych Zwiadowców. Podobno nasza Monliprose była to kiedyś przepiękna planeta, ja nadal tak sądzę, tylko że Katastrofa wpłynęła na nasze stare środowisko życia i mieszkańców, w dużej mierze na zwierzęta, które niegdyś były przyjaznymi istotami i pomagały ludziom jak tylko umiały, ale wszystko się zmieniło... Zostały tylko resztki z tego pięknego świata, a ja mam zamiar przywrócić go do dawnego stanu. Nie poddam sië, bo chcę lepszego życia dla mojej rodziny tak jak dla całego społeczeństwa, jednak moi bliscy byli dla mnie najważniejsi i chciałam,aby żyli w lepszych warunkach, nie to że nam nie pasowały aktualne, ale chciałabym aby poznali życie na powierzchni jakie prowadzili moi dziadkowie.
Po skonsumowaniu posiłku, ruszyliśmy dalej i jak się spodziewałam... Spotkaliśmy Dzikich, którzy w końcu nas zaatakowali. Sztukę walki mieli słabo opanowaną, więc wszyscy przeżyli i pokonaliśmy ich bez problemu, no prawie, jeśli liczyć próbę uprowadzenia mnie. Nie ma jak być obściskiwaną przez wielkiego mięśniaka i przerzuconą przez jego ramię. Niech dziewczyna pokona ponad dwu metrowego gościa gdy ma ledwo metr sześćdziesiąt wzrostu. No niby walczyłyśmy o równo uprawnienia, ale bez przesady, myślmy rozsądnie. Gdybym walczyła z nim na śmierć i życie nie miałabym żadnych szans. Zgniótłby mnie przy pierwszej lepszej okazji i zostałby ze mnie placek.
Zadawałam ciosy oprawcy, ale kiepsko mi szło. W prawdzie, to w ogóle mi nie szło. Mogłam w niego walić jak w worek treningowy, ale nic się nie działo. Jakbym nie mogła go skrzywdzić i w sumie nie mogłam, bo po chwili straciłam przytomność, nie wiedząc co się kroi...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz