wtorek, 12 września 2017

Rozdział 15

Po spożytym posiłku uznałam, że dobrym wyjściem byłoby przygotować się na dzisiejszy wieczór. Pożegnałam swego Partnera i udałam się do swojej komnaty w zamku, by wykonać odpowiednie czynności. Miałam w niej własną łazienkę a w niej przestronną wannę, którą zamierzałam się zaopiekować. Odkręciłam kurek, woda zaczęła pokrywać coraz większa powierzchnię a ja wlałam olejek do kąpieli o zapachu róży i dzikiego bzu. Kiedy ciecz wypełniła całą balię, zdjęłam z siebie okrycie i weszłam do balijki. Ciepła woda otulała moją skórę a zapach olejku poruszał mój zmysł węchu. Czułam się jak w niebie. Naprawdę potrzebowałam tej kąpieli...
Kiedy woda zaczęła tracić swą temperaturę, owinęłam się bawełnianym ręcznikiem. Wytarłam  swe ciało, a następnie wtarłam  w skórę balsamiczną miksturę. Gdy uporałam się podobnymi zajęciami, wzięłam się za wybieranie stroju na dzisiejsze przyjęcie. Otworzyłam swą nową świeżo zaopatrzoną szafę i nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Przede mną wisiały niezliczone kreacje w przeróżne wzory, każda innego kroju. Wybór będzie cięższy niż przypuszczałam... Ach te dorosłe decyzje...
Po dłuższym przyglądaniu się garderobie wybrałam suknię o bladoróżowym odcieniu. Posiadała liczne złote tasiemki, które dobiły jej brzegi oraz dekolt. Miała tylko jedno ramiączko,  ale nie przeszkadzało to w noszeniu jej. Ogółem praktyczna i piękna.
Miałam jeszcze trochę czasu i postanowiłam dopracować swój wygląd kilkoma elementami. Nałożyłam kosmetyki na twarz tak, by mój wygląd chociaż częściowo przypominał doświadczonych w malowaniu kobiet. Włożyłam na siebie także naszyjnik z kwarcem o podobnej barwie do sukienki, a włosy ogarnęłam lekko opaską tego samego koloru co tasiemki na sukni, by ładnie się układały.
Swój pokój opuściłam wraz z zachodem życiodajnej gwiazdy, która pojawiała się na niebie co dnia. Sala, w której odbywał się bankiet była zapełniona po brzegi. Dźwięki harfy oraz innych instrumentów dobiegały do moich uszów już w holu, a służba wciąż coś wnosiła do pomieszczenia. Do izby prowadziły ogromne schody, na których zmieściła by się cała flota. Co rusz ktoś z nich korzystał. W momencie, gdy nikt nie biegał po stopniach, zdecydowałam się zejść do reszty próbując zostać niezauważoną. Niestety nie powiodło mi się. Kiedy wkroczyłam na pierwszy schodek, wszyscy popatrzyli się w moją stronę i byli jak słupy soli. Większość z nich nic nie mówiła, nawet się nie ruszała, ale były też przypadki, gdzie na twarzy malowało się zaskoczenie a może nawet zachwyt. Na pewno tak było z mym Partnerem. W chwili, gdy Dexter mnie dostrzegł, po jego twarzy przebiegło miliard reakcji i emocji, ale jedna nie chciała odejść. Dosłownie oniemiał. Zatkało go, jak kakao, ale kakao ie ma patyka, więc też chyba nie zatyka. W każdym razie szczęka mu opadła, Bóg wie czemu. W sekundę ta reakcja zmieniła się, a na jego twarzy malował się szeroki uśmiech od ucha do ucha. Wyszedł do mnie w swym odświętnym stroju, który był do niego idealnie dopasowany i wysunął dłoń w mą stronę, bym mogła ją chwycić. Doceniłam ten gest i posłusznie złapałam się go, co omal nie spowodowało tego, iż zaliczyłabym glebę przed wszystkimi tu zebranymi, jednakże w ostatniej chwili zostałam uratowana. Przed bliskim spotkaniem z podłogą uchronił mnie Dex. Złapał me niezgrabne ciało i zatrzymał mnie w swych ramionach.
- A dokąd ci się tak śpieszy? - Wciąż z frywolnym uśmiechem na ustach zadał to pytanie.
- Wychodzi na to, że na dół. - Odpowiedziałam lekko zawstydzona zaistniałą sytuacją. Cholerna suknia, musiałam o nią zaczepić nogą.
- Uważaj bardziej. A gdzie "I nie opuszczę cię aż do śmierci", hę?
- Chyba ci się przysięgi pomyliły. - Stwierdziłam bez wahania. - Możesz mnie już puścić. - Poprosiłam, gdy zorientowałam się, że Dex wciąż trzyma mnie w swoich ramionach i że wszyscy zebrani przysłuchują się naszej pokręconej rozmowie.
- Jak sobie życzysz. - Zrealizował moją prośbę.
Kiedy zostałam już ostatecznie postawiona na ziemię, poprawiłam swą suknię i zaczęłam się rozglądać za moim towarzyszem zabaw od dzieciństwa...

sobota, 17 czerwca 2017

Rozdział 14

Wstałam wypoczęta z nowym zapałem do pracy i chęciami do życia. Czuła, że mogę zrobić wszystko, czego zapragnę, a pragnęłam ułożyć Kryształ w całość i uratować mój ukochany świat. Planowałam naprawić to co zniszczone i pomóc w jakikolwiek sposób Dexowi, chociażby po to, bu nie usiał żenić się z przymusu, ale to już poza ty co najważniejsze.Teraz naszym priorytetem był Wszechmocny Kryształ i Dzicy na karku, którzy łatwo nie odpuszczają, co znaczyło, że nie mamy zbyt wiele czasu na poskładanie naszego Skarbu i przywrócenie wszystkiego do równowagi, by było tak jak dawniej.
- Wstawaj, śpiąca królewno. - Usiłował mnie zbudzić mój Partner z nikłym skutkiem, gdyż już nie spalam.
- Nie śpię, gupku. - Odpowiedziałam i podniosłam się do pozycji na wpół siedzącej.
- Głupku jak już coś, a nie gupku, ale wybaczę ci to, bo potrzebne nam twoje małe sprytne rączki.
- Wiem. A ja za to potrzebuje jedzenia, żeby cokolwiek zrobić tymi rączkami.
- Proszę bardzo. - Podał mi jedno pudełko z posiłkiem, a sam wziął się za jedzenie z drugiego.
Zabrałam się za spożywanie mego dania w luksusowym łóżku, które jak do tej pory było najlepsze w porównaniu ze spaniem na podłożu. Na szczęście byłam ubrana, więc nie paradowałam przed Dexem nago i nie musiałam tracić czasu na ubieranie się.
- Chodźmy, szkoda czasu. - Ponagliłam, gdy już wchłonęłam w siebie moją strawę.
W ekspresowym tempie znaleźliśmy się w Diamentowej Sali, bo tak ją nazwaliśmy po tym, co w niej zobaczyliśmy. Pochodnia rozświetlała wnętrze, dzięki czemu mogłam zabrać się do pracy i na spokojnie pomyśleć. Chłopacy rozglądali się po zamku, a ja rozruszałam mózgownicę .
Czas mijał szybko, a ja próbowałam licznych możliwości składania elementów tej zaawansowanej układanki. Metodą prób i błędów dążyłam do celu i chwilami mi się udawało, dzięki czemu byłam coraz bliżej sukcesu. Moje palce tak już się wyćwiczyły, że raz niemal mi się powiodło, ale jeden fragment nie pasował to reszty i wszystko szlag trafił. Kiedy ponownie spróbowałam, wyszło!
- Udało się, udało! - Śpiewałam na cały głos i tańczyłam do rytmu przez co chłopacy omal nie dostali zawału.
- Atakują?! - Wystraszył się Dex, po czym spojrzał na wynik mojej pracy. Ucieszył się. - Udało ci się! - Krzyknął, a chwilę później podniósł mnie i zakręcił tak, że w głowie mi się aż zakręciło. Kiedy mnie opuszczał, przytulił mnie z całej siły, a następnie ucałował mnie w usta ze szczęścia. W brzuchu czułam jakby przefrunęło mi stado nietoperzy zamiast motyli, ale nie robiłam sobie nic z tego, bo stało się to, czego pragnęłam. Kryształ był w jednym kawałku i wystarczyło go tylko odpowiednio  ułożyć, by nasz świat wrócił do normy sprzed sześćdziesięciu lat. Marzyłam o tym od dziecka, o tym by poznać świat, który został zniszczony przed mymi narodzinami.
- Czyń honory, przyszły Wodzu. - Odparłam i podałam dla swego Partnera Wszechmocny Kryształ, by odłożył go na prawowite miejsce, które czeka na niego od przeszło połowy wieku.
- Dziękuję. - Nim zrealizował swa powinność, ucałował mój policzek w geście podziękowania, a później dopiero zajął się przyszłością swego ludu.
To była niezapomniana chwila, gdy Dexter umieszczał Kryształ we wnęce i wymawiał życzenie, które już wkrótce miało się spełnić. Wszystko stawało się takie, jakie być powinno.. Czułam ten przepływ mocy i to, że wszystko się zmieniało, bo i ja się zmieniałam. Zamiast mieć strój, który był przeznaczony na wyprawy, miałam na sobie zwiewną sukienkę, a me włosy zamiast upięte, były teraz rozpuszczone i  układały się w fale. Podobne rzecz zdarzyły się chłopakom. Wcześniej mieli na sobie założone znoszone spodnie i podkoszulki, na których miejsce pojawiły się teraz eleganckie stroje, których nigdy wcześniej nie widziałam.
- Woow. - Zdziwiłam się.
- Podwójne woow. - Stwierdził Dex, gdy zobaczył odnowione wnętrze komnaty.
- Chodźmy zobaczyć resztę. - Zaproponował drugi chłopak.
Jak powiedział, tak zrobiliśmy. Biegaliśmy po całym pałacu i podziwialiśmy, jak diametralnie się zmienił. Wszystko było takie różne, takie piękne i niesamowite, że aż chciało się na to po prostu patrzeć i zachwycać się tym.
- Trzeba sprowadzić tutaj resztę.
- Oni już są.
- Już są?
- Mhmm, to była druga część mego życzenia. Żeby każdy miał swój dom w odnowionym świecie i się w nim znalazł, więc najpewniej zaraz cała gromada do nas dołączy. - Wykrakał, bo już po chwili mogłam usłyszeć głos Wielkiego Wodza.
- Moje dzieci, powiodło wam się, jestem z was niezmiernie dumny. - Podszedł do nas i wyściskał każdego po kolei.
- Zrobiliśmy to co do nas należało. - Odrzekł jego syn.
- To był wielki zaszczyt, uczestniczyć w tak ważnej misji. - Powiedziałam, po czym ukłoniłam się lekko.
- Jesteście we troje bohaterami. Trzeba wydać przyjęcie na waszą cześć. - Stwierdził klaszcząc w dłonie, a po chwili był już wciągnięty w wir przygotowań.
Wszyscy opuścili hol i zostałam sama z Dexem.
- Idę poszukać mamy. - Powiedziałam, gdy zrozumiałam, że nie mamy za wiele czasu by być razem, gdyż wkrótce ojciec znajdzie mu prawdziwą królową, ale nie chciałam by to wszystko się tak skończyło.
- Nie musisz, jest w kuchni. - Odrzekł złapawszy moją dłoń. Spojrzałam na niego, a on uśmiechał się do mnie mając ogniki radości w oczach.
- To się dobrze składa, bo umieram z głodu. -Odpowiedziałam i w tym samym momencie zaburczało mi w brzuchu.
- Przecież niedawno jadłaś. Jak to możliwe? - Zaśmiał się.
- Któż to wie. - Rzekłam unosząc ramiona do góry.
- Chodź jeść, chodzący przewodzie pokarmowy. - Pociągnął mnie za sobą do kuchni, gdzie kucharze krzątali się i przygotowywali różne potrawy najpewniej na dzisiejszy bankiet...


 

Rozdział 13

-Mam coś! - Usłyszałam krzyki Jamie'ego, który był teraz na parterze i trzymał w ręku pochodnię, a raczej to co z niej pozostało.
- Co jest? - Zapytał Dex po tym jak dobiegł do swego przyjaciela, a ja wraz z nim.
- Chyba znalazłem upragnione przejście - Odpowiedział. Sekundę później pociągnął za uchwyt, a ścienne wrota nam się otworzyły, ukazując mroczne pomieszczenie, gdzie światło nie dochodziło.
- To chyba tutaj. - Skwitowałam i zaczęłam się rozglądać po komnacie.
- Chyba. - Rzekł chłopak i zaczął oświecać pokój pochodnią. - Wiecie czego szukać.
- Nie inaczej. - I zaczęło się...
Sala była ogromna, choć na początku na taką nie wyglądała, ale wyszło na to, że pozory mylą. Jak tylko światłość zagościła w pomieszczeniu, uderzający blask oślepił me oczy.Było tak, jakby  na ścianach były diamenty i innego rodzaju kamienie szlachetne.
- I skąd mamy wiedzieć, który to kamień?
- Ten największy, najpiękniejszy i najbardziej wpadający w oko pod każdym względem. - Opisał Dex.
- Tyle tu ich jest... - Załamałam się wewnętrznie.
- Damy radę, musimy. - Skomentował mój Partner.
Przeszłam całą komnatę wzdłuż i wszerz, ale nic nie znalazła, dopiero po tym, jak na coś nastąpiłam, usłyszałam jakby dwa kamienie ocierające się na siebie. Szybko odskoczyłam ze swojego miejsca, a z podłogi zaczęło się coś wyłaniać.
- Ej, chłopaki... - Zawołałam swych towarzyszy.
- Wszystko w porządku? - Zmartwił się Dexter, jak zobaczył mą rozkojarzoną minę.
- Za mną tak, ale...
- Ale?
- Ale chyba go znalazłam. - Stwierdziłam to po tym, jak zobaczyłam kawałki rozłożone na platformie, tak jakby ktoś specjalnie rozwalił układankę.
- I tu jest pies pogrzebany... - Skomentował wygląd Jamie, któremu wyraźnie nie podobała się pozycja, w jakie znajdował się nasz Skarb. - Jak to naprawimy?
- Trzeba pokombinować. To kto chce się pobawić?  - Zapytał żartobliwie jeden z mych towarzyszy.
- To robota dla kobiety. - Tymi słowami zgłosiłam się na ochotnika na układanie swego rodzaju puzzli.
- Madame. - Ukłonił się Jamie i uśmiechnął się szeroko.
- Możesz przestać? - Poprosiłam i uzyskałam pożądany skutek. Obaj chłopacy usieli przy ścianie i się zajmowali sobą, a ja tymczasem próbowałam przypasować odpowiednie elementy.
Siedziałam nad częściami Kryształu dobre kilka godzin i nie otrzymywałam pozytywnych rezultatów, ostatecznie wszystko rozsypywało się i powracało do pierwotnej formy, czyli do nieułożonego bajzlu, który musiałam posprzątać,a ja nie nie cierpiałam nieporządku. Chwilami dostawałam szału i chciałam wszytko jeszcze bardziej rozbić, ale nim to zrobiłam, uświadomiłam sobie, że  moja praca mogła stać się jeszcze bardziej bezsensowna i mogłam pogorszyć swoją sytuację.
- Odpocznij trochę. - Poczułam na swym ramieniu rękę mego Partnera. Ten gest dodał mi siły i cierpliwości, przede wszystkim.
- Odpocznę, jak skończę.
- Jest już późno. Wszyscy potrzebujemy snu.  Chodź. - Wziął mą dłoń i odwiódł od kontynuowania wypruwania z siebie flaków przy żmudnym zajęciu.
Na miejscu, do którego chłopak mnie zaprowadził, znalazłam łóżko, które chyba było przeznaczone dla mnie. Przy łożu leżały moje rzeczy, więc odpowiedź była prosta.
- Padam z nóg. - Skoczyłam na łóżko i zamknęłam oczy. - Jak tu cudownie.
- Nie wątpię. Odpocznij,a jutro będziemy kończyć to, co dzisiaj zaczęliśmy. Dobranoc. - Życzył mi kolorowych snów i wyszedł.

czwartek, 15 czerwca 2017

Rozdział 12

Było ciężko. Nogi mi odmawiały posłuszeństwa po połowie godziny biegnięcia. Suszyło mnie, jak nie wiem, ale nie uległam pragnieniu i się nie zatrzymałam, by odpocząć. Wciąż brakowało mi tchu, ale trzymałam się kurczowo myśli, że wkrótce będzie po wszystkim i w końcu będę mogła odpocząć.
Po jakimś czasie krzyki ustały, co mogło jedynie znaczyć, iż zgubiliśmy pościg.
- Dobra, możemy się zatrzymać. - Mówił mój zdyszany Partner. - Mamy jakąś wodę? - Dopytywał się spragniony chłopak.
- Jest! - Odparł zwycięsko chłopak mojej siostry, który pociągnął łyka, a następnie podał dalej butelkę z wodą.
- Dzięki. - Odrzekłam, gdy dostałam w ręce napój.
Wszyscy usiedliśmy w cieniu ogromnego drzewa. Byliśmy zmęczeni, spoceni i marzyliśmy o zimnej kąpieli. Teraz oddałabym bezcenne skarby świata, tylko za to, bym, mogła opłukać się lekko i poleżeć na tafli jeziora.
- Zostało już nam tylko pięćdziesiąt metrów do zgliszczy, więc chyba zaraz znowu będziemy iść, a w środku odpoczniemy i się rozejrzymy. - Zaproponował Dex wstając. 
- Ty tu rządzisz, stary. - Odpowiedział Jamie przystając na propozycję kolegi.
- Niech będzie, ale jeśli zdechnę po drodze, to ty mnie niesiesz. - Odrzekłam i zabrałam swoje manatki z ziemi, po czym podniosłam się i nałożyłam plecak na plecy.
- Umowa stoi. - Zdecydował się na to rozwiązanie mój Partner. - No to idziemy. - Zarządził i ruszył przed siebie. 
Po piętnastu minutach byliśmy na miejscu. Moim oczom ukazał się zniszczony główny rynek, a wokół niego niegdyś domy, a teraz tylko ich stęchłe reszty. Gdy Kryształ był w równowadze, wszystko było na swoim miejscu, drzewa nie gniły i nie podupadały wraz z budynkami, a zwierzęta okazywały ludzkie uczucia, niestety teraz panuje inny porządek. Zwierzęta zdziczały i stały się śmiertelnie groźne, ludzie się buntowali stając się Dzikimi, a roślinność umierała zamiast trwać przez długie lata. 
- Strasznie to wygląda. - Skomentowałam, o czym kontynuowałam rozglądanie się po okolicy. 
- I dlatego musimy to powstrzymać. - Odrzekł pewnie Dex. - Chodźcie, musimy dotrzeć jeszcze dzisiaj na zamek, który jest na wzgórzu, czeka nas daleka droga.  
Jak powiedział, tak zrobiliśmy. Mieliśmy ze dwa postoje w trakcie tej przechadzki po malowniczej krainie, którą jest nasze upadłe królestwo. Na nieszczęście dzikie zwierzęta zrobiły sobie nieopodal domy, więc musieliśmy niesamowicie uważać, aby ich nie rozwścieczyć i nie sprowadzić na siebie ich gniewu. Choć byliśmy przygotowani na tego typu sytuację, to nikt nie chciał spotkać się oko w oko ze wściekłym szablozębaczem czy też jego jakimś krewnym. 
Droga się dłużyła niemiłosiernie, gdyż kolejny dzień już wędrowaliśmy. Gdy pisałam się na tę misję, nie sądziłam, że nie będę czuła nóg i będzie mi tak dokuczało zmęczenie, ale czego nie robi się dla całego królestwa.  Kolejnych kilka godzin w pogoni za utraconym stały się jak wejście w Bramę Gwiazd, tylko że bez ta wysokiej temperatury, która tam panowała. Żadnemu żywemu nie udało się wyjść z Bramy Gwiazd, więc zaczynałam się lękać tego, co nasz czeka, mimo że znajdowaliśmy się z dala od tamtego miejsca o jakieś pół galaktyki.
- Jesteśmy na miejscu. - Oświadczył Dex, kiedy pojawiliśmy się przy drzwiach frontowych, które skrzypiały tak bardzo, że aż można było osiwieć. 
- Najwidoczniej. - Stwierdziłam zaraz po nim i weszłam wgłąb zamku, który nie wyglądał ani na zadbany ani na trzymający się  znakomicie w kupie,   
- Dawno ktoś tu nie sprzątał.- Skomentował Jamie między kichnięciami. 
- Sześćdziesiąt lat tu nikt nie był, a ty prawisz o sprzątaniu. 
- No co? Mi każą sprzątać co tydzień a nie co sześćdziesiąt lat.  
- Ach, weź, jak ty coś powiesz...
- Tylko próbuje rozluźnić atmosferę. Jesteś spięty jak naciągnięta cięciwa w łuku. 
- Dzięki. 
- To nie miał być komplement. 
- Będę na maksa rozluźniony, jak wszystko się uda, a na razie zostaje tak jak jest. - Odpowiedział, ale już później rozmowa nie miała kontynuacji.  
- Rozdzielmy się, w ten sposób szybciej znajdziemy Kryształ. 
- I szybciej stracę partnerkę, podziękuje.
- Aż tak bardzo o mnie dbasz? 
- Bardziej. - Skwitował i lekko zmienił temat. - Skoro Kryształ jest ukryty, to wątpię, żeby był na wyższych pietrach. Musimy przeczesać te dolne i przede wszystkim lochy.   
- A ojciec ci nie powiedział gdzie on może być? - Dopytywał się Jamie. 
- No niestety nie, tylko to, gdzie jest zamek i jak do niego dotrzeć. Musimy sobie radzić sami.
- Moim skromnym zdaniem najlepiej by było przeszukać cały zamek, skoro nie wiemy gdzie jest schowany, poza informacją, że w ukrytej komnacie. 
- Wiemy trochę więcej... 
- Nie mów mi, że ukrywasz coś przed ami, a tym bardziej przede mną, skoro mam ci powierzam ci własne życie. 
- Kryształ ma być tam, gdzie blask Porannej Gwiazdy nie dotknie jego powierzchni, czyli gdzieś bez okien.
- No to wiele wyjaśnia. 
- Zgadzam się z nią. Mogłem nam powiedzieć tak w ogóle. 
- Nie mogłem. 
- Niby czemu? 
- Bo nie, koniec tematu.  
- No tak nie do końca, bo jeszcze nie znaleźliśmy Kryształu, więc temat zostaje, a ty się tłumaczysz. 
- Do jasnej anielki, nie powiedziałem, bo obiecałem, tajemnica królewska. Tylko prawowity władca ja zna. I tak wam już za dużo powiedziałem. 
- Dobra, koniec tematu, bo zaraz wszyscy się pozabijamy, a tego nie chcemy. Idziemy szukać. - Oznajmiłam i ruszyłam przed siebie. 
- Idziesz nie w tę stronę. - Kiedy usłyszałam te słowa, zawróciłam się i poszłam w przeciwną stronę. 
- Teraz idziesz dobrze. 
- Za mną! - Krzyknęłam, gdy byłam już z dala od moich przyjaciół.
Korytarz, którym podążałam, był ciemny i przerażający. Jak tylko odnalazłam pochodnię przy ścianie, odpaliłam ją i w końcu olśniło mnie. W dali mogłam dostrzec kraty, a do mych uszu dochodził dźwięk spadających kropli wody, które uderzały we wcześniej powstałą kałużę. 
- Jak tu strasznie. - Skomentował te widowisko. 
- Gdzieś ty się chowała? Myślałem, że cię zgubiłem w tych ciemnościach egipskich. 
- Nigdzie się nie chowałam, tylko wyście się nie pilnowali. 
- Nie gadaj. - Zaśmiał się Jamie, jako iż z niego taki śmieszek.
- Szukajcie ukrytych przejść i tym podobnych, to musi być tu. - Poprosił i zaczął macać ściany...      

Rozdział 11

Kiedy usta chłopaka dotykały niebiańsko moich warg, czułam się wniebowzięta. Tak jakbym była poza atmosferą i poza czasem. Wszystko było niczym kosmos, wspaniałe, niespotykane i pełne wrażeń.
Wiedziałam, że nie powinnam się z nim całować, skoro był zaręczony, ale nie potrafiłam się od niego odsunąć, był zbyt uzależniający.
-Ykghym. - Spróbował zwrócić na siebie uwagę Jamie. - Przeszkadzam wam w czymś? - Zapytał się z figlarnym uśmiechem Partner mojej siostry.
Oderwaliśmy się od siebie jak poparzeni, co poskutkowało tym, że miałam lekko przygryzioną wargę. Była to dosyć niezręczna sytuacja, bo mój pierwszy pocałunek był pod nadzorem łaskawego James'a , który przyglądał się najprawdopodobniej całej tej sytuacji.
- Eee... - Właśnie w ten sposób zaczęła się nasza interesująca konwersacja. - My tylko przygotowywaliśmy miejsce na nocleg. - W prawdzie tak było, jednakże nie do końca.
- Właśnie widzę. - Odparł po czy położył drewno nieopodal ogniska. - Nie chcę was martwić, ale czas już spać, dzieci, bo trzeba rano wstać. A poza tym, znalazłem coś.
- Co?! - Dopytywałam się.
- Szczątki miasta. Jesteśmy blisko.  - Powiedział bez okazania jakiegoś większego entuzjazmu.
- Brawo, brachu. - Pogratulował Dex Jamie'emu. - O świcie ruszamy.
- Tak jest, kapitanie. - Odparłam.
- To kto bierze pierwszą wartę... - Zastanawiał się na głos blond chłopak, a ja poczułam pewną odpowiedzialność i zgłosiłam się na ochotnika.
- Ja wezmę. - Zaoferowałam się.
- Nie, ty idziesz spać. - Spierał się ze mną mój Partner.
- Nie kłóć się ze mną. Wy byliście przetrzymywani w gorszych warunkach niż ja, musicie odpocząć.
- To samo tyczy się ciebie, moja panno.
- Ale ze mną jest lepiej niż z wami.
- To może razem nie śpijcie, albo śpijcie razem a ja wezmę wartę i będzie po problemie. - Zaproponował Jamie.
- Nie. - Oboje się nie zgodziliśmy.
- Nie znasz zasady "kobietom pierwszeństwo" ? - Próbowałam postawić na swoim, ale chyba coś mi nie wyszło...
- Nie wyznaję jej w takich przypadkach. Połóż się, a ja się wszystkim zajmę. - Poprosił Dexter, a raczej nalegał upierdliwie.
- Ech... Niech ci będzie. - Odpuściłam. - No to dobranoc. - Odrzekłam i położyłam się na wcześniej przygotowanym miejscu.
Leżałam i leżałam pół nocy, ale i tak nie dałam rady zasnąć. Zbyt wiele myśli kłębiło się w mojej głowie i sam fakt, że jesteśmy tak blisko upragnionego celu uniemożliwiał mi spanie.  Było tak wiele przed nami, a ja musiałam spać. Nie pragnęłam niczego więcej, niżeli ruszenia w dalszą podróż do pałacu i po Wszechmocny Kryształ, który mógł definitywnie zmienić moje życie. Chciałam, by wszystko było lepsze, by moja mama nie musiała tak ciężko harować, bym mogła mieć szanse na rozeznanie się we własnych uczuciach...
Nim udało mi się zasnąć, musiałam się przewrócić ze sto razy, aby uzyskać idealne ułożenie. Gdy się obudziłam, świtało a chłopacy sobie smacznie kimali, żyjąc w nieświadomości, że lada chwila mogą nas zaatakować. Postanowiłam, że wybudzę ich z tych pięknych mrzonek, dbając przy tym o bezpieczeństwo całej grupy wynoszącej trzy osoby włącznie ze mną.
- Dex...- szturchnęłam chłopaka w ramię, ale ten jeszcze się nie wybudził - ...wstawaj, śpiochu, szkoda dnia. - Kontynuowałam przy czym dotknęłam jego policzka na co zareagował natychmiastowo i otworzył swe piękne oczęta.
- Już jest raanooo? - Rzekł zaspanym głosem.
- Rano, rano. Musimy wkrótce ruszać dalej, bo robi się jasno. - Odpowiedziałam zbierając swoje rzeczy do plecaka. Dex także powoli zaczął się ogarniać i w trakcie sprzątania rzucił czymś w swego przyjaciela na znak pobudki.
- Jeszcze pięć minut, mamo... - Gadał przez sen Jamie. 
- Po pierwsze, nie jestem twoja matką, a po drugie, wstawaj, bo zaraz zostawimy cię tu na pastwę Dzikich. 
- Już, już. Zaraz będę gotowy do dalszej drogi. - Odrzekł i zabrał się za wstawanie nasz drogi przyjaciel. - Ale na przyszłość, nie musicie być aż tak brutalni, zwykła pobudka by wystarczyła. 
- Właśnie widzę. - Zaśmiał się pod nosem Dex i zabrał się za pałaszowanie jednego z posiłków przygotowanych przez moją mamę.
- Wcinajcie, a za dziesięć minut ruszamy. - Powiedziałam stanowczo i sama zajęłam się spożywaniem jedzenia. 
Kiedy byliśmy już najedzeni i mniej więcej wypoczęci, kontynuowaliśmy wędrówkę. Podobno dwa kilometry z dala od naszego noclegowiska, możemy znaleźć szczątki starego miasta, będącego nasza stolicą i miejscem, gdzie Wszechmocny Kryształ miał swą  ukrytą komnatę we wnętrzu zamku. Na nieszczęście wszystkie plany pałacu zaginęły, więc poszukiwania zostaną przeprowadzone metodą prób i błędów. 
- Ognisko jeszcze świeże, możliwe, że dopiero wyruszyli. - Usłyszałam głos należący do Aleksa,a  także różnego rodzaju szemrania, co znaczyło, że nas doganiają.
- Jest niedobrze, jest bardzo niedobrze. - Powiedział zaskoczony i przerażony Dexter. - W nogi. - Właśnie w tym momencie doszły mnie słuchy, iż nasi przeciwnicy odkryli nasze bliskie położenia. 
Biegłam ile sił w nogach, mimo to Dzicy nas doganiali. Słyszałam bicie własnego serca, a ja wciąż byłam poganiana. Nie byłam stworzona do biegów na długie dystanse, ale musiałam się przełamać i dorównać chłopaka. A już myślałam, że spokojnie dotrzemy na miejsce... 

środa, 14 czerwca 2017

Rozdział 10

Jak tylko Jamie opuścił nasze towarzystwo, zebrałam w sobie odwagę by przeprosić Partnera za swoją wścibskość i gumowe ucho.
- Dex ...
- Hmm?
- Ja...umm...chciałam cię przeprosić. Nie powinnam była się tak zachować i w ogóle. No więc przepraszam.
- Nic się nie stało, więc nie masz za co przepraszać, a poza tym prędzej czy później byś się o tym dowiedziała.
- Niby tak, ale jednak... Nie powinnam była was podsłuchiwać.
- Co się stało, to się nie odstanie, przeszłości nie zmienimy.
- Ale przyszłość zawsze można.
- Moja jest nieunikniona, więc zamierzam zadbać o twoją i żebyś nie musiała przechodzić przez to co ja będę.
- Wiesz bardzo dobrze, że nasza przyszłość jest ze sobą związana i nie pozbędziesz się mnie tak szybko, więc zawsze można coś pokombinować. - Odpowiedziałam. 
- Teoretycznie tak, ale w praktyce nie wiadomo jak to będzie, gdy zdobędziemy Wszechmocny Kryształ.  
- To, że ty nie wiesz, nie znaczy, że i ja nie wiem. 
- A wiesz?
- Wiem. 
- Więc co nas czeka? 
- Czeka nas chwała, miłość i Partnerstwo do końca życia. 
- Miłość. Nie spodziewałbym się tego po tobie. 
- Każdy ma prawo do miłości. Uświadomiłam to sobie dzisiaj, gdy o mało nie zmuszona do wzięcia ślubu z jakimś pacanem z bożej łaski.
- Nawet najwięksi złoczyńcy i najgorsi Dzicy? 
- Nawet oni.
Atmosfera stawała się coraz bardziej intymna. Światła bijące od ogniska, sprawiało, że czułam dreszcze. Nigdy nie byłam z Dexem w takiej sytuacji, nigdy nie doszło między nami do takiego zbliżenia. 
Z każdą wymianą zdań zbliżaliśmy się do siebie coraz bardziej i bardziej. W pewnym momencie nasze oddechy się wymieszały. Nie miałam pojęcia dokąd zmierza ta sytuacja, ale podobało mi się uczucie, które temu wszystkiemu towarzyszyło. Moje serce zaczynało bić coraz szybciej, a kolana miałam miękkie, jak dojrzałe owoce, jednakże siedzenie ratowało mnie od upadku. Gorąc uderzał we mnie falami i rozprowadzał się po całym mym ciele. Ostatecznie  rozżarzone jak węgiel wargi chłopaka wyszły na spotkanie moim i złączyły się w delikatnym pocałunku. Lekkie muśnięcia ust przyprawiały mnie o  palpitacje serca. Czułam, że zaraz nieuchronnie zejdę na zawał...

Rozdział 9

Przerwaliśmy w końcu tę dyskusję, bo stawała się nie do zniesienia, czyli jeszcze gorsza niż ja, gdy jestem nieźle wkurzona.W ogóle ta cała sytuacja była denerwująca i nie miała sensu. Jakim cudem mój własny ojciec mógł stać się takim potworem, żeby wybierać mi męża.Oczywiste było, że chciałam połączyć się kiedyś z ukochanym, no ale właśnie, z UKOCHANYM a nie tłustym gościem, który może zapewni  mi dobre życie i którego nie będę kochała. Chcę poślubić tego, co będzie mnie kochał, będzie o mnie dbał i będzie mnie chronił. Chce mężczyzny, który wie czego chce i przy którym będę czuła się bezpiecznie, przy którym się odprężę. Może jestem wymagająca ale są pewne standardy, z których nie zrezygnuję, na przykład miłość. Miłość to podstawa związku i nie zamierzam być z kimś, którego nie będę darzyła takowym uczuciem, czyli wybranka mego ojca, którego nie obchodzi szczęście córki tylko własne.
Musiałam się stąd jak najszybciej wyrwać razem z przyjaciółmi i wyruszyć w dalszą drogę poszukiwania kryształu. Tylko, że na razie byłam bez planu i jakiegokolwiek zbrojenia no i nie miałam pojęcia, gdzie przetrzymują moich towarzyszy podróży. Gdybym tylko miała wolną rękę... No ale nie mam, bo cały czas pilnuje mnie Aleks, chyba, że w trakcie kąpieli przed kolacją miałabym święty spokój. Wtedy może coś by wyszło. Przecież nie będą mnie podglądać, chyba że to zboczeńcy bez manier, chociaż wątpię. Alek wygląda na dość porządnego chłopaka, więc raczej nie będzie z nim problemu. O bogowie, teraz wymyślić jak dostać się do Dexa w piętnaście minut, wymknąć się i jeszcze umyć gratis. To jest wyzwanie.
Miałam tak mniej więcej dwie czy trzy godziny do zmierzchu, czi w taką ilość czasu musiałam wykombinować, jak przeprowadzić całą akcję i nie zostać złapaną, a następnie zamkniętą. To było trudne do wykonania, ale możliwe. Przynajmniej tak mi się wydaje. Muszę to zrobić, dla nich, dla całego świata, który żyje pod ziemią.
Mijał czas, a w moje głowie rodziły się co rusz to nowe pomysły, ale musiałam wybrać ten doskonały, który na sto procent się sprawdzi.On musi zadziałać, bo drugiej szansy nie było ani nie będzie. Oni na mnie liczyli i nie mogłam ich zawieść, ani siebie, bo bym sobie nigdy nie wybaczyła, gdybym skazała mój lud na wieczne życie pod ziemią i naraziła go na straty w ludziach. 
Kiedy ostatecznie wykminiłam ten idealny plan, przyszedł czas, abym mogła wcielić go w życie. Mimo że nie przebywaliśmy w tym miejscu zbyt wiele czasu, musieliśmy uciekać jak najszybciej, nim zrobi się bardziej niebezpiecznie i wszystko pójdzie w las, bo mojemu ojcu odbije doszczętnie. 
Cóż, miałam już plan, wyznaczony czas, więc zostawało jak na razie nie wzbudzać podejrzeń oraz działać tak jak wcześniej przewidywałam. Zbliżał się powoli wieczór, czyli mój czas na kąpiel oraz wydobycie przyjaciół z potrzasku. Postępowałam krok po kroku zgodnie z ustaleniami, jak na razie szło mi świetnie. Miałam cichą nadzieję, że jak się wydostaniemy, Dzicy nie będą nas gonić z racji na późną porę. Prawie wszyscy przygotowywali się do uroczystej kolacji, w czasie której miałabym poznać przyszłego wybranka, ale zostało kilka osób fo pilnowania mnie oraz mych towarzyszy, co batdzo ułatwiało mi sprawę odnalezienia ich w pościgu za niezdobytym. Po rozprawieniu się z prywatna niańką, ominęłam trzech strażników pilnujących chatki, w której znajdowali się moi druhowie, jednakże wcześniej poszukałam jakiejś broni na zbyciu oraz naszych rzeczy, które później odstawiłam w oczywiste miejsce dla siebie. Chyba cudem udało mi się pokonać zabezpieczenia i wedrzeć do pomieszczenia. Dex był na mnie wkurzony, co było do przewidzenia, ale na jego twarzy widoczniał wyraz ulgi. 
- Odbiło ci, co ty tutaj robisz. - Wydarł się na mnie, choć mówił szeptem, by nie zostać usłyszanym przez Gumowe Uszy. 
- Ratuję ci tyłek, jak widać. - Stwierdziłam, a następnie przywitałam się z drugim chłopakiem. - Hej, Jamie. 
- Miło, ze wpadłaś, Aria. Mogłabyś nas rozwiązać, te więzy nie palą się do obopólnej symbiozy. - Rozcięłam pęta odnalezionym nożem, a potem odetnęłam ich nogi od sufitu. Każdy z nich "upadł" z gracją, bo raczej tyvh wygibasów nie można nazwać zbyt poprawnie. 
- Chodźcie, mamy mało czasu. - Ponagliłam i poinstuowałam, aby szli za mną, ale ci i tak musieli zrobić po swojemu. 
Na szczęście ich nieprawidłowe postępowanie nie ponioslo za sobą makabrycznych konsekwencji, ale za miłe to też one nie były. Oczywiście Dzicy dostrzegi, że zbiegliśmy i teraz mieliśmy pół osady więcej na glowie, niżeli do tej pory. Nasi wrogowie gonili za nami, a my uciekaliśmy ile sił było w nogach, na oślep, ale jednak. Na otawrej było czarno jak za czasów, gdy dochodziło do zaćmienia ognistej życiodajnej gwiazdy znajdującej się nieopodal naszego układu planetarnego. Plusem było to, iż Dzicy także nic nie widzieli, jednakże orientowali się w tych terenach lepiej od nas, przynajmniej za dnia, bo teraz byli niemal tak samo nieudolni jak my w walce z ciemnością. 
W pewnym momencie nie słyszeliśmy ani okrzyków bojowych ani ciężkich oddechów ani szelestów, które mogliby wywołać ścigajacy ludzie. Wszystko ucichło, a my w końvu mieliśmy szansę na jakikolwiek spoczynek. 
- Bieganie z bagażem nie będzie moim ulubionym sportem. 
- A w ogóle jest taki? - Zapytał się ledwo dyszący Jamie. 
- Jak nie ma, to powinni go wymyślić specjalnie dla niej, nadaje się idealnie. - Odparł Dex popijając łyczkami wodę. 
- Dzięki. - Odrzekłam, uśmiechajac się głupio do siebie. 
- Dobrze się spisałaś, nie poradzilibyśmy sobie bez ciebie. - Pochwalił mnie mój partner klepiąc me plecy.
- Gdyby nie  ja, to w ogóle by nie doszło do tego. - Stwierdziłam, obwiniając się. 
- Skąd możesz to wiedzieć? 
- Ojciec mi powiedział. - Nastała krótka pauza w rozmowie. 
- Ojciec?! - Wytrzeszczyli oczy i opadły im kopary. 
- Myślałam, że nie żyje. - Wtrącił chłopak mojej siostry. 
- Też tak myślałam, ale widocznie coś się zmieniło w ciągu tych lat. 
- Duże te coś. - Skomentował chłopak.  
- A czego on tak w ogóle od ciebie chce? - Dopytywał się syn Wodza. 
- Małżeństwa. - Odpowiedziałam krótko i zwięźle. 
- Z kim?! - Wydawali się jeszcze bardziej zaskoczeni oraz zdziwieni, niżeli gdy ich poinformowałam o zmartwychwstaniu ojca. 
- Nie mam zielonego pojęcia, bo zdążyliśmy uciec przed kolacją, a na niej miałam się dowiedzieć kto teoretiko miał być mym mężem. - Wyjaśniłam najlepiej jak umiałam. 
- Ookeeej. To jest nie do pojęcia, jak własny ojciec może zmuszać córkę do małżeństwa i to najprawdopodobniej z jakimś przygłupek, który nie potrafiłby cie ochronić. 
- Co jak co, ale ty najlepiej wiesz, jak to jest. 
- Słucham? 
- Podsłuchałam przypadkiem twoją rozmowę z ojcem i słyszałam że masz brać ślub z jakąs panną. 
- Zazdrosna jesteś czy co? 
- Ja, zazdrosna, nigdy w życiu. Po prostu mówię co słyszałam i tyle. 
- Jasne... - Powiedział półgłosem Dex, z którym prowadziłam zaciętą konwersację. 
- Dzieci, spokój, zabawka nie zając nie ucieknie, a energia i czas tak. - Odezwał się Jamie, a momentalnie wszystkim zaburczało w brzuchu. 
- Mamy coś w zapasie? - Dopytywałam się. 
- Trochę mięsa i pieczywa no i szczelnie zapakowanych kilka obiadów od twojej mamy. - Odprał mój Partner. 
- No to świetnie. Ja skocze po drewno na opał, a wy możecie wrócić do droczenia się ze sobą. - Rzekł Jamie i zrobił tak, jak zapowiedział. My za to zostaliśmy sami w tej dżungli...