środa, 14 czerwca 2017

Rozdział 9

Przerwaliśmy w końcu tę dyskusję, bo stawała się nie do zniesienia, czyli jeszcze gorsza niż ja, gdy jestem nieźle wkurzona.W ogóle ta cała sytuacja była denerwująca i nie miała sensu. Jakim cudem mój własny ojciec mógł stać się takim potworem, żeby wybierać mi męża.Oczywiste było, że chciałam połączyć się kiedyś z ukochanym, no ale właśnie, z UKOCHANYM a nie tłustym gościem, który może zapewni  mi dobre życie i którego nie będę kochała. Chcę poślubić tego, co będzie mnie kochał, będzie o mnie dbał i będzie mnie chronił. Chce mężczyzny, który wie czego chce i przy którym będę czuła się bezpiecznie, przy którym się odprężę. Może jestem wymagająca ale są pewne standardy, z których nie zrezygnuję, na przykład miłość. Miłość to podstawa związku i nie zamierzam być z kimś, którego nie będę darzyła takowym uczuciem, czyli wybranka mego ojca, którego nie obchodzi szczęście córki tylko własne.
Musiałam się stąd jak najszybciej wyrwać razem z przyjaciółmi i wyruszyć w dalszą drogę poszukiwania kryształu. Tylko, że na razie byłam bez planu i jakiegokolwiek zbrojenia no i nie miałam pojęcia, gdzie przetrzymują moich towarzyszy podróży. Gdybym tylko miała wolną rękę... No ale nie mam, bo cały czas pilnuje mnie Aleks, chyba, że w trakcie kąpieli przed kolacją miałabym święty spokój. Wtedy może coś by wyszło. Przecież nie będą mnie podglądać, chyba że to zboczeńcy bez manier, chociaż wątpię. Alek wygląda na dość porządnego chłopaka, więc raczej nie będzie z nim problemu. O bogowie, teraz wymyślić jak dostać się do Dexa w piętnaście minut, wymknąć się i jeszcze umyć gratis. To jest wyzwanie.
Miałam tak mniej więcej dwie czy trzy godziny do zmierzchu, czi w taką ilość czasu musiałam wykombinować, jak przeprowadzić całą akcję i nie zostać złapaną, a następnie zamkniętą. To było trudne do wykonania, ale możliwe. Przynajmniej tak mi się wydaje. Muszę to zrobić, dla nich, dla całego świata, który żyje pod ziemią.
Mijał czas, a w moje głowie rodziły się co rusz to nowe pomysły, ale musiałam wybrać ten doskonały, który na sto procent się sprawdzi.On musi zadziałać, bo drugiej szansy nie było ani nie będzie. Oni na mnie liczyli i nie mogłam ich zawieść, ani siebie, bo bym sobie nigdy nie wybaczyła, gdybym skazała mój lud na wieczne życie pod ziemią i naraziła go na straty w ludziach. 
Kiedy ostatecznie wykminiłam ten idealny plan, przyszedł czas, abym mogła wcielić go w życie. Mimo że nie przebywaliśmy w tym miejscu zbyt wiele czasu, musieliśmy uciekać jak najszybciej, nim zrobi się bardziej niebezpiecznie i wszystko pójdzie w las, bo mojemu ojcu odbije doszczętnie. 
Cóż, miałam już plan, wyznaczony czas, więc zostawało jak na razie nie wzbudzać podejrzeń oraz działać tak jak wcześniej przewidywałam. Zbliżał się powoli wieczór, czyli mój czas na kąpiel oraz wydobycie przyjaciół z potrzasku. Postępowałam krok po kroku zgodnie z ustaleniami, jak na razie szło mi świetnie. Miałam cichą nadzieję, że jak się wydostaniemy, Dzicy nie będą nas gonić z racji na późną porę. Prawie wszyscy przygotowywali się do uroczystej kolacji, w czasie której miałabym poznać przyszłego wybranka, ale zostało kilka osób fo pilnowania mnie oraz mych towarzyszy, co batdzo ułatwiało mi sprawę odnalezienia ich w pościgu za niezdobytym. Po rozprawieniu się z prywatna niańką, ominęłam trzech strażników pilnujących chatki, w której znajdowali się moi druhowie, jednakże wcześniej poszukałam jakiejś broni na zbyciu oraz naszych rzeczy, które później odstawiłam w oczywiste miejsce dla siebie. Chyba cudem udało mi się pokonać zabezpieczenia i wedrzeć do pomieszczenia. Dex był na mnie wkurzony, co było do przewidzenia, ale na jego twarzy widoczniał wyraz ulgi. 
- Odbiło ci, co ty tutaj robisz. - Wydarł się na mnie, choć mówił szeptem, by nie zostać usłyszanym przez Gumowe Uszy. 
- Ratuję ci tyłek, jak widać. - Stwierdziłam, a następnie przywitałam się z drugim chłopakiem. - Hej, Jamie. 
- Miło, ze wpadłaś, Aria. Mogłabyś nas rozwiązać, te więzy nie palą się do obopólnej symbiozy. - Rozcięłam pęta odnalezionym nożem, a potem odetnęłam ich nogi od sufitu. Każdy z nich "upadł" z gracją, bo raczej tyvh wygibasów nie można nazwać zbyt poprawnie. 
- Chodźcie, mamy mało czasu. - Ponagliłam i poinstuowałam, aby szli za mną, ale ci i tak musieli zrobić po swojemu. 
Na szczęście ich nieprawidłowe postępowanie nie ponioslo za sobą makabrycznych konsekwencji, ale za miłe to też one nie były. Oczywiście Dzicy dostrzegi, że zbiegliśmy i teraz mieliśmy pół osady więcej na glowie, niżeli do tej pory. Nasi wrogowie gonili za nami, a my uciekaliśmy ile sił było w nogach, na oślep, ale jednak. Na otawrej było czarno jak za czasów, gdy dochodziło do zaćmienia ognistej życiodajnej gwiazdy znajdującej się nieopodal naszego układu planetarnego. Plusem było to, iż Dzicy także nic nie widzieli, jednakże orientowali się w tych terenach lepiej od nas, przynajmniej za dnia, bo teraz byli niemal tak samo nieudolni jak my w walce z ciemnością. 
W pewnym momencie nie słyszeliśmy ani okrzyków bojowych ani ciężkich oddechów ani szelestów, które mogliby wywołać ścigajacy ludzie. Wszystko ucichło, a my w końvu mieliśmy szansę na jakikolwiek spoczynek. 
- Bieganie z bagażem nie będzie moim ulubionym sportem. 
- A w ogóle jest taki? - Zapytał się ledwo dyszący Jamie. 
- Jak nie ma, to powinni go wymyślić specjalnie dla niej, nadaje się idealnie. - Odparł Dex popijając łyczkami wodę. 
- Dzięki. - Odrzekłam, uśmiechajac się głupio do siebie. 
- Dobrze się spisałaś, nie poradzilibyśmy sobie bez ciebie. - Pochwalił mnie mój partner klepiąc me plecy.
- Gdyby nie  ja, to w ogóle by nie doszło do tego. - Stwierdziłam, obwiniając się. 
- Skąd możesz to wiedzieć? 
- Ojciec mi powiedział. - Nastała krótka pauza w rozmowie. 
- Ojciec?! - Wytrzeszczyli oczy i opadły im kopary. 
- Myślałam, że nie żyje. - Wtrącił chłopak mojej siostry. 
- Też tak myślałam, ale widocznie coś się zmieniło w ciągu tych lat. 
- Duże te coś. - Skomentował chłopak.  
- A czego on tak w ogóle od ciebie chce? - Dopytywał się syn Wodza. 
- Małżeństwa. - Odpowiedziałam krótko i zwięźle. 
- Z kim?! - Wydawali się jeszcze bardziej zaskoczeni oraz zdziwieni, niżeli gdy ich poinformowałam o zmartwychwstaniu ojca. 
- Nie mam zielonego pojęcia, bo zdążyliśmy uciec przed kolacją, a na niej miałam się dowiedzieć kto teoretiko miał być mym mężem. - Wyjaśniłam najlepiej jak umiałam. 
- Ookeeej. To jest nie do pojęcia, jak własny ojciec może zmuszać córkę do małżeństwa i to najprawdopodobniej z jakimś przygłupek, który nie potrafiłby cie ochronić. 
- Co jak co, ale ty najlepiej wiesz, jak to jest. 
- Słucham? 
- Podsłuchałam przypadkiem twoją rozmowę z ojcem i słyszałam że masz brać ślub z jakąs panną. 
- Zazdrosna jesteś czy co? 
- Ja, zazdrosna, nigdy w życiu. Po prostu mówię co słyszałam i tyle. 
- Jasne... - Powiedział półgłosem Dex, z którym prowadziłam zaciętą konwersację. 
- Dzieci, spokój, zabawka nie zając nie ucieknie, a energia i czas tak. - Odezwał się Jamie, a momentalnie wszystkim zaburczało w brzuchu. 
- Mamy coś w zapasie? - Dopytywałam się. 
- Trochę mięsa i pieczywa no i szczelnie zapakowanych kilka obiadów od twojej mamy. - Odprał mój Partner. 
- No to świetnie. Ja skocze po drewno na opał, a wy możecie wrócić do droczenia się ze sobą. - Rzekł Jamie i zrobił tak, jak zapowiedział. My za to zostaliśmy sami w tej dżungli...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz