czwartek, 6 kwietnia 2017

Rozdział 8

Stałam jak słup soli i nie mogłam pojąć tego, co się przed chwilą zdarzyło. Jak on mógł mnie tu więzić i w dodatku szantażować mnie tym, że skrzywdzi Dexa i resztę. Nie potrafiłam uwierzyć, że taki jest naprawdę mój ojciec oraz, że wcale nie przypomina tego z mej wyobraźni i dziecinnych mrzonek. Zawsze sądziłam, że mój tata będzie dobrym i uczciwym człowiekiem, a także że będzie przedkładał rodzinę ponad wszystko. Ciężko dać wiarę temu, jak bardzo się pomyliłam i że w najmniejszym stopniu nie jest tym, za kogo go uważałam. Całe życie stawiałam go na piedestale i chciałam być taka jak on, chciałam być tak dzielna jak on i bezinteresowna, ale teraz dostrzegam fakt, że on tak wysługuje się sytuacją, aby zawsze wyszło na jego korzyść i żeby tk właśnie on zyskał, a nie inni. On ceni tylko siebie i jest zapatrzony w swe idee, które na pewno są chore, sądząc po przysposobieniu ojca.
Z moich rozmyśleń wyrwał mnie niski głos chłopaka, który nosił imię Aleks, jak mniemam.
- Hej. Chyba masz na imię Aria, ja jestem Aleks i się tobą zajmę.
- Nie chyba, a na pewno, a poza tym nie potrzebuję niańki.
- Nie tak ostro, siostro. - Tak mu się to zrymowało, że po chwili zaczęłam się śmiać, jak wariatka.
- To było dobre. Wybacz, po prostu nie mam dziś najlepszego humoru.
- W sumie to ci się nie dziwię. Nie codziennie człowiek się dowiaduje, że jego ojciec żyje i jest wrogim przywódcą.
- Widzę, że jesteś całkiem obeznany w całej tej maskaradzie.
- Co nieco obiło się mi o uszy, nie przeczę. Jestem tu po to, żeby odpowiedzieć na twe liczne pytania i zaprowadzić cię do twojego pokoju no i by przygotować cię na obiado-kolację.
- Yhym. To kiedy możemy zacząć?
- Już.
- Dobra. To po pierwsze, gdzie są moi przyjaciele?
- Na te pytanie nie mogę ci odpowiedzieć, ale mogę ci powiedzieć jedynie tyle, że są w bezpiecznym miejscu i na razie nic im nie grozi.
- Ty też...? No dobra, to czego ode mnie chcecie?
- O ile jestem w tym wszystkim dobrze zorientowany, to nasz przywódca chce żebyś poślubiła jednego z naszej osady, by połączyć was z nami.
- Niemożliwe. A kto jest moim prawdopodobnym małżonkiem?
- Nikt tego nie wie, poza naszym Wodzem.
- Ty coś przede mną ukrywasz... Jeszcze nie wiem co, ale obiecuję ci, że się dowiem.
- Tylko na to czekam. - Powiedział to głosem uwodziciela.
- Ty mi tu nie flirtuj. A poza tym, czemu mój ojciec chce wżenić jednego ze swoich do bandy, z którą się nie zgadza i czemu sądzi, że to poskutkuje, jak to mnie wywalą z domu?
- Jak się ożenisz z jednym z nas, to Wielki Wódz cię nie wygna, bo jesteś teraz bliska jego rodzinie, a dzięki temu może uda nam się zapobiec działaniu Wszechmocnego Kryształu, którego teraz szukasz, bo on zniszczy istniejącą aktualnie cywilizację.
- Skąd niby możesz wiedzieć?
- Bo mam pewien dar. Jestem jasnowidzem.
- A czy nie nauczyli cię, że przyszłość nie jest jeszcze określona i zawsze może się zmienić. A poza tym Kryształ może być niebezpieczny, ale dopiero gdy trafi w niepożądane ręce.
- Czyli najprawdopodobniej łapska twojego Wodza.
- On ma dobre serce i dba o nas, nie to co mój ojciec, który mnie i moje rodzeństwo opuścił, gdy byłam malutka.
- A nie sądzisz, że zrobił to dla waszego dobra.
- Dla naszego dobra?! Chyba coś ci się pomyliło.
- Nie wydaje mi się...

środa, 5 kwietnia 2017

Rozdział 7

Gdy się ocknęłam wszystko było inne. Nie poznawałam środowiska w którym się znajdowałam, na pewno to nie to samo miejsce dżungli, w którym rozbiliśmy obóz. DEX. Gdzie on jest? Gdzie reszta?Boże, gdzie ja jestem?!  Rozejrzałam się dokładniej po pomieszczeniu, które wyglądało niemal tak samo jak nasze strefy mieszkalne z wyjątkiem tego, że u nas nie było roślin i odgłosów dziczy.
Wstałam z czegoś co przypominało łóżko i podeszłam do drzwi, które po ich uchyleniu ukazały zupełnie inną cywilizację. Ujrzałam coś, czemu ciężko było dać wiarę. Widziałam zwykłych ludzi, takich jak ja, tylko trochę dzikich, ale byli bardzo podobni do mnie i moich bliskich. Przynajmniej z wyglądu...
Opuściłam mą bezpieczną przystań i udałam się na zwiady, jak na Zwiadowcę przystało, żeby rozpoznać nowy teren. Usiłowałam wtopić się w tłum, ale coś mi nie wyszło, bo gdy tylko ruszyłam dalej, przykułam uwagę wszystkich osadników. Czułam się jak mała rybka pośród stada rekinów. Po prostu osaczona.
- Śpiąca królewna się wreszcie obudziła. - Usłyszałam ledwo mi znany głos, którego tak dawno nie słyszałam i myślałam, że już nigdy nie usłyszę.
- Tata?! - O mało nie dostałam zawału i przeszła przeze mnie fala gniewu jak i radości. - Ty żyjesz?! - Wykrzyczałam to niemal na całą osadę i to tak, że nawet Dex mógł mnie usłyszeć.
- Tak, skarbie. Żyję i mam się dobrze. A co z tobą, słoneczko, jak się czujesz?
- Nie mogę uwierzyć w to, co widzę. Dlaczego nie wróciłeś do nas, albo nie dałeś żadnego znaku życia?
- Kochanie... Nie mogłem wrócić. Jak się uspokoisz i wszystko ci wyjaśnię, zrozumiesz.
- No to mi wyjaśnij. Chcę zrozumieć i wiedzieć dlaczego wychowywałam się bez ojca. Chyba mam prawo wiedzieć, dlaczego postanowiłeś, że zostawisz rodzinę i resztę życia dla TEGO! - Od razu zmieniłam nastawienie, bo nie mogłam mu pozwolić na to, by zaszkodził mej misji.
- Masz całkowitą rację i naprawdę żałuję, że nie było mnie przy tobie, gdy zaczynałaś chodzić, gdy rosły ci ząbki i gdy uczyłaś się walki, ale sercem i duchem zawsze byłem przy tobie, tak jak i przy twoim rodzeństwie.
- Tylko szkoda, że nie cieleśnie, ale na twoje szczęście poradziliśmy sobie i było nam dobrze. - Burknęłam.
- Porozmawiamy przy obiedzie. - Rzekł pewnie i stanowczo z tonem, który oznajmiał, że to on jest samcem alfa i nie można mu się sprzeciwiać.
- Nie bedzie żadnego obiadu, bo wracam do moich przyjaciół. - Odparłam, bo miałam już po dziurki w nosie spotkania z ojcem.
- Twoi przyjaciele także chętnie zostaną na obiad.
- Oni tu są?!?!
- Tak, skarbie. Są i mają się dobrze, przynajmniej jak na takie warunki, w których przebywają.
- Co im zrobiliście?
- Jeszcze nic.
- Co to ma niby znaczyć?
- Ma to znaczyć, że o ile zechcesz uciec, twoi przyjaciele zapłacą za to srogo.
- Jak miło, że jeszcze śmiesz mi grozić i rozkazywać. Jeśli mogłabym wiedzieć, czym sobie na to zasłużyłam?
- Kochanie, ty niczym, ale chcę cię uchronić przed niebezpieczeństwami tego świata, a poza tym mam już pewne plany, w których bierzesz udział.
- Nie możesz mnie zostawić w spokoju, jak to robiłeś dotychczas?
- Wybacz, ale jesteś zbyt ważnym elementem tego planu i nie mogę cię wykluczyć.
- A dowiem się chociaż czego ode mnie oczekujesz, czy mam się domyślać?
- Wszystko w swoim czasie. - Po tych słowach odwrócił się ode mnie i rzekł - Nie bądź zła, mam swoje powody...
- Tak jak każdy.
- Za chwilę przyjdzie po ciebie Aleks i da ci odpowiednie instrukcje. - Teraz już naprawdę odszedł...

piątek, 16 września 2016

Przykra wiadomość :C

Niestety muszę oznajmić, że chwilowo się zacięłam i nie posiadam weny  do pisania. Może w następnym tygodniu uda mi się coś wyskrobać, ale nie jestem pewna. Bardzo przepraszam i proszę o cierpliwość jak i wyrozumiałość.

piątek, 9 września 2016

Rozdział 6

Od samego rana podążaliśmy wyznaczoną trasą i jak dotąd nie mieliśmy z większa kłopotów z niczym. No może poza dziwnymi odgłosami, które co chwila przyprawiały mnie o ciarki na plecach. Na szczęście czekały nas dwa dni ciężkiej wędrówki do starego Królestwa, w którym żyłby teraz Dex, gdyby nie Katastrofa, Mogłabym nigdy go nie poznać i nie poczuć jego troski czy czułości, którą okazywał tylko najbliższym czyli nielicznym osobom, do których aktualnie się zaliczam, z czego  jestem bardzo dumna. No i oczywiście szczęśliwa. Sądzę, że dzięki niemu czuję, że nic mi nie brak i że przy nim mogę wszystkiego dokonać. Może jedyną rzeczą jaka mi brakuje to aktualnie miłość, ale na wszystko przyjdzie czas, a tym bardziej na spędzenie reszty życia z człowiekiem, który cie rozumie, troszczy się o ciebie, opiekuje się tobą i jest z tobą na dobre i na złe, w zdrowiu i chorobie, po prostu zostanie z tobą mimo wszystko i będzie cię wspierał póki starczy mu sił. Ale cóż, na razie miłości nie znalazłam i wciąż na nią czekam i będę czekać do chwili w której przyjdzie oraz sprawi, że zmiękną mi kolana i nie będę mogła  trzeźwo myśleć, bo On sprawi swoją miłością, że będę mogła myśleć tylko o nim i niczym innym. Pragnę tego, ale wpierw chcę zrealizować swoje marzenie i być wsparciem jak i pomocą dla mojego Partnera, o którego zaczynam się martwić. Bierze na siebie zbyt wielką odpowiedzialność, choć wiem, że wkrótce na jego barkach będzie ciążyła większa, to jednak może mi wszystko powiedzieć, a ja bym pomogła dźwigać ten ciężar. Ale nie, uparty jak osioł i dumny jak cholera, nie powie nic, nie wyspowiada się jak dla księdza ani nic, po prostu będzie siedział cicho  i udawał, że wszystko gra, a ja mam siedzieć z założonymi rękami i patrzeć jak wykańcza się od środka.  No niestety nie potrafię i wiem, że pewnego dnia wyciągnę go na szczerą rozmowę i dowiem się dlaczego jest taki skryty, nawet przed swoją Partnerką, która jest jak druga połówka.
Przemierzaliśmy całe kilometry dżungli w poszukiwaniu Pałacu, który był ukryty w samym środku tego gąszczu. Dex chyba dobrze znał drogę, bo prowadził nas przez przetarte szlaki, na których nie natykaliśmy się na Dzikich, przynajmniej za bardzo, bo wciąż nas obserwowali, czułam ich obecność co we mnie wywoływało lekki niepokój, jednak miałam przy sobie swojego Partnera i wiedziałam, że przy nim mogę czuć się bezpieczna. Był moją taką bezpieczną przystanią i czułam, że przy jego boku mogłam dokonać wszystkiego. Dosłownie, dodawał mi siły i odwagi, był dla mnie wzorem, dążyłam do tego by być taka jak on i wiedziałam, że nic mnie nie powstrzyma w osiągnięciu tego, tym bardziej  nie poddawałabym się. Nawet jeśli ludzie wątpią w ciebie, nie wątp sam w siebie, bo wtedy wszystko będzie stracone, poddasz się i to stanie się nawykiem, który zniszczy cię do końca i nie pozwoli w pełni być szczęśliwym. Moje małe motto.
Koło południa zrobiliśmy mały postój w bardzo pięknym miejscu,w którym mogłabym spędzić resztę życia. Dzika przyroda, niesamowity zapach i piękne krokusy, które na naszej planecie rosły niezależnie od pory roku, choć w sumie mieliśmy tylko jedną, w której zawsze było ciepło, a liście drzew nigdy nie opadały, przynajmniej tak słyszałam od starszyzny i innych Zwiadowców. Podobno nasza Monliprose była to kiedyś przepiękna planeta, ja nadal tak sądzę, tylko że Katastrofa wpłynęła na nasze stare środowisko życia i mieszkańców, w dużej mierze na zwierzęta, które niegdyś były przyjaznymi istotami i pomagały ludziom jak tylko umiały, ale wszystko się zmieniło... Zostały tylko resztki z tego pięknego świata, a ja mam zamiar przywrócić go do dawnego stanu. Nie poddam sië, bo chcę lepszego życia dla mojej rodziny tak jak dla całego społeczeństwa, jednak moi bliscy byli dla mnie najważniejsi i chciałam,aby żyli w lepszych warunkach, nie to że nam nie pasowały aktualne, ale chciałabym aby poznali życie na powierzchni jakie prowadzili moi dziadkowie.
Po skonsumowaniu posiłku, ruszyliśmy dalej i jak się spodziewałam... Spotkaliśmy Dzikich, którzy w końcu nas zaatakowali. Sztukę walki mieli słabo opanowaną, więc wszyscy przeżyli i pokonaliśmy ich bez problemu, no prawie, jeśli liczyć próbę uprowadzenia mnie. Nie ma jak być obściskiwaną przez wielkiego mięśniaka i przerzuconą przez jego ramię. Niech dziewczyna pokona ponad dwu metrowego gościa gdy ma ledwo metr sześćdziesiąt wzrostu. No niby walczyłyśmy o równo uprawnienia, ale bez przesady, myślmy rozsądnie. Gdybym walczyła z nim na śmierć i życie nie miałabym żadnych szans. Zgniótłby mnie przy pierwszej lepszej okazji i zostałby ze mnie placek.
Zadawałam ciosy oprawcy, ale kiepsko mi szło. W prawdzie, to w ogóle mi nie szło. Mogłam w niego walić jak w worek treningowy, ale nic się nie działo. Jakbym nie mogła go skrzywdzić i w sumie nie mogłam, bo po chwili straciłam przytomność, nie wiedząc co się kroi...

wtorek, 16 sierpnia 2016

Rozdział 5

Ze snu wyrwał mnie głos mamy dobiegający z kuchni:
- Kochanie, pora wstawać!
Ledwo zwlekłam się z łóżka, ale miałam świadomość powagi misji na jaką wyruszam z moim Partnerem. Tu chodziło o uratowanie całej populacji ludzi mieszkających na Monliprose. Gdyby powiedzenie tejże wyprawy nie było tak ważne, nie musiałabym siedzieć do północy i rozmyślać jak to będzie i co muszę ze sobą obowiązkowo wziąć. Jednakże doszłam do wniosku, że co ma być to będzie i położyłam się spać z nadzieją, że jutro nie nadejdzie tak szybko jak już przyszło.
Zaszłam do kuchni, w której unosił się zapach świeżych grzanek i gorącego kakao, a mama wciąż się krzątała po kuchni jak gdyby nigdy nic. Po chwili jednak zasiadła przy kuchennym stole z kawą i zaczęła rozmyślać.
- Nad czym się tak zastanawiasz? - Ostatecznie zapytałam mamę, a ta od razu zabrała głowę z obłoków.
- Nad niczym, skarbie, nad niczym. - Powiedziała chwytając mnie za rękę.
- Mamo, mi możesz powiedzieć wszystko.
- Wiem. Po prostu boję się, że nie wrócisz do mnie, że w ogóle nie wrócisz. - Z jej oczu pociekły ciurkiem łzy, które od razu otarła ob wolną dłoń.
- Nie mów tak, mamo. Wrócę na pewno. - Wstałam z krzesła i mocno ją przytuliłam. 
Gdy skończyłyśmy te czułości, udałam się do swojego pokoju, aby się przebrać i spakować najpotrzebniejsze rzeczy do plecaka. wW sam raz zebrałam.się w kupę i wyszłam z mojego domu na ulicę, gdyż tam czekał już na mnie Dex z najlepszymi Zwiadowcami, w tym z chłopakiem Alice, Jamie'm.
- Hej, mała.- Podeszłam do niego, a on mnie uściskał na powitanie.
- Hej, duży. - Odpowiedziałam i przytuliłam go mocniej.
- Gotowa na wielką wyprawę? - Zapytał z optymizmem.
- Tak sądzę, tylko... - Gdy te słowa wyszły z mych ust, naszły mnie wątpliwości.
- Tylko? - Zapytał z uniesionymi do góry brwiami.
- Tylko nie wiem, czy uda nam się z tego wrócić cało. - Stwierdziłam bez ogródek.
- Zobaczysz, będzie dobrze. - Pocieszał, gdy zauważył krztę smutku w mych oczach.
- Myślisz? - Dopytywałam.
- Oczywiście. Jeszcze będziemy się z tego potem śmiać. - Obdarzył mnie ciepłym uśmiechem i uściskiem.
- Mam taką nadzieję. - Uśmiechnęłam się do niego.
Nim wyszliśmy na powierzchnię, pożegnał nas Wielki Wódz i życzył nam udanej, a raczej owocnej podróży. Trzymałam kciuki za tym, aby wszystko było okej, żebyśmy wszyscy przeżyli i abyśmy dali reszcie zwyczajne życie na powierzchni, gdzie świat byłby dla nas łaskawszy i lepszy.
Gdy naszym oczom ukazał się świat, którego dotąd nie znałam. Na bladoniebieskim niebie można było zobaczyć fruwające zwierzęta, a na zielonych drzewach w dziczy uczepione siedziały niezwykłe istoty, które pożywiały się. Nie wyglądały na drapieżne, wręcz przeciwnie, były spokojne i to one się nas bały. Nie znałam świata z tej strony. To musi być jakaś pomyłka...

niedziela, 14 sierpnia 2016

Rozdział 4

Przez całe popołudnie chodziłam jak na szpilkach i zamartwiałam się na śmierć o swojego Partnera, mimo że jest jednym z najlepszych wojowników i naprawdę trudno go skrzywdzić to moje serce nie mogło przestać ciężko łomotać z przerażenia.
Siedziałam w jadalni i rysując próbowałam oderwać się od negatywnych przeczuć i myśli związanych z dzisiejszym atakiem, ale coś przerwało moje rozmyślenia. Jakiś dźwięk, a potem głosy. 
- Synu, jestem już stary i słaby. Niedługo obejmiesz władzę i przy twoim boku stanie twoja Wybranka, która pomoże ci, stanie się twoją oazą spokoju jak i ostoją.
- Ale ojcze, ja dopiero zyskałem Partnerkę, za wcześnie by mówić o małżeństwie z kimkolwiek. 
- Nie chcę cię pośpieszać, jednak czasu zostało nam niewiele, a wiesz, że Wódz nie może zająć należnego mu miejsca bez Wybranki i bez istniejącej Strefy, a my wkrótce przestaniemy istnieć jeśli się czegoś nie zrobi. Jeżeli nie znajdziemy sposobu na ocalenie to wszyscy będziemy zgubieni.
- A co z Kryształem?
- Kryształ to.legenda. Nie możemy polegać na legendzie, mamy za mało czasu.
- Nie możemy wykluczać żadnego rozwiązania w naszej obecnej sytuacji. Trzeba brać pod uwagę wszelkie możliwości. 
- Ale nie absurdalne. Kryształ nie istnieje, a jeśli by istniał to nie ma możliwości na zdobycie go. Oddalanie się od xnanych nam terenów to pewna śmierć.
- Albo ratunek.
- Nie myśl, że wyruszysz na tę misję.
- Ojcze, jestem najlepszym wojownikiem, a także twoim następcą i zamierzam walczyć o lepszy świat dla mieszkańców Stref. 
- Właśnie! Jesteś moim następcą i nie możesz zginąć!
- Nie zamierzam umierać w najbliższym czasie, ale musimy uratować nasz podziemny świat, a jsk na razie jedyną opcją jest powrót na powierzchnię czyli odnalezienie Wszechmocnego Kryształu.
- Nie wybiję ci tego z głowy, co?
- Nie, chyba że znajdziesz lepsze rozwiązanie.
- Jeśli zamierzasz wyruszyć na tę niebezpieczną misję, to weź ze sobą najlepszych Zwiadowców. Oni znają się na szukaniu. I uważaj na siebie.
- Przecież jeszcze nigdzie nie ide.
- Nawet jeśli to wciąż masz na siebie uważać. Jesteś moim jedynym dzieckiem i kocham cię najbardziej na świecie, oddałbym za ciebie życie.
- Mam nadzieję, że nie zajdzie taka potrzeba.
- Ja także, ale jeśli zajdzie, to ochronię cię własną piersią. Nasz lud potrzebuje Wodza, synu.
- Rozumiem.
- To dobrze, to dobrze. - Westchną z ulgą. - A jak się ma twoja Partnerka? - Zdzieiłam się tym pytaniem Wielkiego Wodza.
- Coraz lepiej. możliwe, że już dzisiaj wyjdzie z Lecznicy. - Odparł zadowolony.
- Masz zamiar ją ze sobą zabrać?
- Jeśli to możliwe to postaram się tego uniknąć, ale jest uparta, więc postawi na swoje. 
- Widzę.
Głosy ucichły, a ja siedziałam na krześle niczym słup soli, zupełnie zazkoczona i zdziwiona. Dexma się ożenić?! Ale z kim i co będzie ze mną, przecież jestem jego Partnerką?! Czemu Wielki Wódz uważa, że to koniec? No dobrze, może i mieszkańcy podziemi mają dość i tęsknią za Słońcem, ale co ma lidzkie niezadowolenie do końca świata? No chyba, że jest coś jeszcze... Na pewno jest, bo gdyby nie to "coś" Wielki Wódz nie wyraziłby Dex'owi zgody na wyruszenie na tak niebezpieczną misję, jak odnalezienie i sprowadzenie, a raczej uaktywnienie, Wszechmocnego Kryształu, który znajduje się w zamku królewskim, czyli w dawnej siedzibie Wielkich Wodzów i ich najbliższych.
Po chwili usłyszałam dźwięk kroków, który coraz to był głośniejszy, więc powróciłam do rysowania mego dzieła, którego postać wciąż była mi nieznana, gdyż wena za bardzo mi nie dopisywała.
- Co tam rysujesz? - Dobiegł za mną głos Dex'a.
- O matko!  Nie strasz mnie tak. - Poprosiłam
- Gdybym tego nie robił, nie byłoby zabawnie, a ty byłabyś bardziej sztywna ode mnie.
- Nie prawda! Jestem bardzo energiczna i ruchliwa,  i radosna, i...
-  Echem. Tak to sobie wmawiaj. - Wziął jabłko z koszyka i się w nie wgryzł. - Zanim mnie poznałaś pewnie tyłkek ledwo ruszałaś i się nie śmiałaś. Mam rację?
- Dobra, z tym śniechem to tak, a z tym "tyłek ledwo ruszałaś" to nie. Musiałam przecież wypracować swoje umiejętności.
- Oke, niech ci będzie. - Zaśmiałam się lekko.
- I widzisz, rozśmieszam cię.
- Raczej to co mówisz i to co robisz, ale miło wiedzieć, że uważasz mnie za upartą.
- Słyszałaś wszystko?
- Yhym.
- Czyli wiesz, że wkrótce wybieram się po Wszechmocny Kryształ?
- Tak, a ty dobrze wiesz, że wybieram się tam z tobą.
- Chociaż wolałbym żebyś nie narażała się na takie niebezpieczeństeo.
- Mogłabym to samo powiedzieć o tobie. To kiedy wyruszamy?
- Jutro z samego rana, jeśli to możliwe. Nie ma czasu do stracenia.
- No to do jutra, Wodzu.
- Nie przeginaj. - Upomniał mnie i udał się do części, w której byli Uzdrowiciele. Tylko po co?...


sobota, 23 lipca 2016

Rozdział 3

Dni mijały mi na wspólnych treningach z Dex'em, ale ćwiczyliśmy i doskonaliliśmy swoje umiejętności także osobno. Ja próbowałam zrealizować swe największe marzenie i dzięki praktykom powoli zbliżałam się do urzeczywistnienia go. Bez chwili wytchnienia starałam się jak mogłam, ale po kilku dniach bezustannego wysiłku opadałam z sił, mimo że dostarczałam organizmowi możliwie największe ilości energii. Wciąż chodziłam wyczerpana, ale mimo to próbowałam pokazać, że jestem dostatecznie silna żeby walczyć, ćwiczyć i nie tylko. Niestety nie udało mi się. Pewnego dnia zemdlałam i wystraszyłam na śmierć moich bliskich, w tym Dex'a. Wszyscy się  martwili o mnie, ale dopiero, gdy pozostawili mnie samą sobie, zaczęłam czuć się lepiej. Energia do mnie wracała, a z nią moja siła i chęć wali.
-Eeee, nie wstawaj. Musisz wrócić całkowicie do sił żeby pojawić się ponownie na treningach. - Odparł stanowczo mój Partner.
- Mam już dość leżenia i odpoczywania. Chcę zostać Zwiadowcą i ty mnie nie powstrzymasz przed staniem się nim. - Powiedziałam i zamierzałam mu udowodnić, że nic na wiecie nie może mnie powstrzymać.
- Oczywiście, że nie, ale na razie... - Pchnął mnie na moje łóżko z powrotem, gdy usiłowałam wstać.
- Wypuść mnie! - Jęczałam.
- Nie. Nawet Uzdrowiciel zabrania ci wstawać z łóżka, więc bądź choć przez chwilę posłuszna. - Poprosił, a w sumie rozkazał.
- Nie będziesz mi mówił co mam robić, nie jesteś moją matką!
- A mam ją zawołać? Proszę pa... - Zakryłam mu usta dłonią.
- Siedź cicho, bo obetnę ci to i owo. - Zagroziłam.
- Oj ty niegrzeczna. - Zaśmiał się, a następnie obdarzył mnie szerokim uśmiechem, z powodu którego zmiękłam i przystanęłam na propozycję chłopaka.
- Dobra, zostanę w łóżku, ale pod jednym warunkiem... - Hehe, ja taka sprytna...
- Jakim? - Od razu się zainteresował.
- Będziesz do mnie codziennie przychodził i spędzał ze mną czas. Może być?
- Jasne. - I uścisnęliśmy sobie dłonie w ramach zawarcia umowy.
Po tym jak doszło do udanej transakcji, leżałam z Dex'em na łóżku i gadałam z nim chyba do późnego wieczora, bo nie miałam zielonego pojęcia na temat jego wyjścia z mojego pokoju. Gdy zasypiałam wciąż czułam ciepło bijące od gorącego ciała chłopaka i jego równy oddech na czole, ale gdy się obudziłam, Dex'a nie było, a mi brakowało jego ciepła i jego samej obecności.
Gdy udało  mi się wygramolić z łóżka wpierw poszłam do łazienki żeby się odświeżyć, a potem do  kuchni, bo umierałam z głodu. Zjadłabym konia z kopytami.Nie żartuję. Ale mój głód nie jest zwykłym głodem, spowodowało go ulecznie, którego dokonał Uzdrowiciel, a raczej Uzdrowicielka czyli moja siostra Alice. Niestety leczenie wyczerpuje tak samo i Uzdrowiciela i osobę leczoną, ale leczenie osoby po lekkim urazie głowy bardziej daje w kość pacjentowi, bo to jego głowa zostaje naprawiona.
W jadalni w lecznicy było niewiele osób, a stoły były zapełnione jedzeniem. Nie mogłam uwierzyć w to, jakie mam szczęście, bo praktycznie nikt nie ruszał tego przepysznego jedzonka, więc ja mogłam zaopiekować się tymi wszystkimi pysznościami.
Usiadłam do stołu, przy którym nikt nie siedział i wzięłam się za pałaszowanie tego, co znajdowało się na blacie. W pewnym momencie, gdy już pochłonęłam sporą ilość pokarmu, usłyszałam za sobą bardzo dobrze przeze mnie znany głos.
- Hej,  siostrzyczko, widzę, że już dopadłaś Lecznicowe żarcie.
- Hej, Alice. Gdyby tobie leczyli głowę to też byś była głodna jak wilk. - Stwierdziłam.
- Pewnie tak, ale nie leczyli mojej drogiej głowy, więc nie jestem aż tak głodna jak ty. - Zajęła miejsce obok mnie i nałożyła sobie na talerz kilka naleśników, a następnie polała je bitą śmietaną oraz sosem czekoladowym.
- Acha. A co cię tu naprawdę sprowadza?
- Ploteczki jak zawsze.
- Nie kłam, dobrze wiesz, że tego nie cierpię.
- Oj tam, oj tam. To stwierdzenie ledwo mija się  z prawdą.
- Aliiiceee... - Spojrzałam na nią gniewnym wzrokiem.
- No dobra. Słyszałaś o ataku?
- Jakim?
- Wczoraj harstka Dzikich i Stworów zaatakowała strefę 15. Większość została zabita, ale kilkoru udało się uciec.
- A co z naszymi?
- Jest kilku rannych, trzech zabitych, a reszta cała. - Odpowiedziała z lekkim smutkiem. Założę się, że umierała ze strachu o Jamie'go.
- Dex... - Zmartwiłam się okropnie, bałam się strasznie o niego i zaczęłam błagać bogów, żeby okazało się, że jest cały i zdrowy.